- Więc jesteśmy tu, bo na co dzień stykamy się z teorią psychologii, ale psychologii humanistycznej, która patrzy na człowieka jako na integralną całość - Mądry Pan Profesor odchrząknął, podkręcił wąsa, spojrzał na mnie z wyższością. - Patrzymy na człowieka integralnie, traktując go w całości podmiotowo, koncentrujemy się na każdym aspekcie ludzkiej świadomości... - tu Mądry Pan przerwał i popatrzył na mnie zaniepokojony. Chwilę milczał, potem skinął głową. - To może ja powtórzę - uznał.
- Pominął pan coś ważnego? - podpowiedziałam.
- Nie, nie, ale wie pani: to takie trudne jest. Psychologiczne. I filozoficzne. Ja bym chciał, żeby pani to zrozumiala, więc wytłumaczę pani jeszcze raz...
***
- Bo my nie chcemy iść z nurtem popkultury - wypiął pierś Awangardowy Artysta. - Dlatego codziennie rano zaczynamy nasze spotkania od kawałka dobrej literatury.
- Jakiej na przykład? - spytałam szczerze zaciekawiona.
- Och, nie warto wspominać - uśmiechnął się pod nosem Artysta. - To są naprawdę niszowi poeci, dziś już zapomniani, mało kto w ogóle kojarzy ich nazwiska.
- Na przykład?
- Na przykład taki poeta, Sęp-Szarzyński, otóż nie wiem, czy pani o nim kiedykolwiek słyszała, to ja może opowiem, kim on był...
***
- No to co właściwie fascynuje pana w tych szachach? - zaczepiłam Zdolnego Szachistę.
- Hmm - zacukał się Zdolny i zmierzył mnie wzrokiem. Westchnął, usiadł, gestem wskazał krzesło po drugiej stronie stolika. - To, że są białe i czarne bierki to pani wie, prawda? Więc zacznę od tego, że pionki nie ruszają się tak, jak w warcabach. I w ogóle jest to trochę bardziej skomplikowane, nie wiem, jak wytłumaczyć zasady, żeby kobieta zrozumiała...
***
Na początku po prostu się denerwowałam. Potem zaczęłam się zastanawiać: trafiam na męskich szowinistów-półgłówków czy po prostu mam wyraz twarzy kretyna? Na wszelki wypadek wyrzuciłam lustro.
piątek, 20 maja 2011
środa, 27 kwietnia 2011
Think of England
- A może chorągiewka plus plakat na okno? Taki - wie pani - mały zestaw beatyfikacyjny - uśmiechnęła się do mnie sprzedawczyni z niewielkiego slepu z dewocjonaliami. - 9,40 jeśli chorągiewka z materiału. A jak z papieru to tylko sześć złotych. Podać?
Zawahałam się chwilę. Kolejka za mną zaczęła niecierpliwie pomrukiwać, więc na wszelki wypadek podziękowałam ekspedientce i podeszłam do wystawy.
Papież mały - trzy złote, papież duży - pięć złotych. Naklejka z papieżem - sześćdziesiąt groszy, na odwrocie modlitwa. Gratis. Do tego kubki z papieżem, chusty z papieżem, papież-świeczka (nie mogłam powstrzymać obrazów wyłażących złośliwie z zakamarków pamięci) i papież z porcelitu. Talerz z papieżem i gobelin z papieżem. Był też papież w bursztynach.
W miasteczku numer dwa hitem okazały się być lampioniki. (W żadnym wypadku nie: lampiony). - Takie niewielkie, z napisikiem - opisywała plastycznie pani o cichym głosie. - Z jednej strony krzyżyk, z drugiej obrazeczek. A do środka można wlożyć świeczuszkę, podgrzewaczyk taki. I trzyma się za uchwycik.
Kusiło, żeby zapytać, czy na obrazeczku jest Janeczek Pawełek Drugi (zagwozdka: jak się zdrabnia liczebniki?), ale ugryzłam się w język.
W miasteczku numer trzy najlepiej sprzedają się obrazy. Dla niewybrednych - takie za 10 zł, dla koneserów: malowane na płótnie. - Ale to już inwestycja - pokiwała głową kolejna pani. Za to przynajmniej artysta się postarał: jest papież w beżach, papież w zieleniach i papież we fioletach. Był też w brązach, ale się skończył. No i jednak drogi. Na szczęście jest też złoty środek: druk na płótnie. Do wyboru: w srebrnej lub złotej ramce. Jak prawdziwe.
Wiedziona perwersyjną już ciekawością odwiedziłam serwisy aukcyjne. Chwilę pozastanawiałam się nad rzeźbą Jana Pawła Drugiego z brązu (naturalnej wielkości!). Jedyne 23 tysiące zł, herb Watykanu gratis - ale zrezygnowałam, bo nie pasuje mi do kolorystyki sypialni. Pokontemplowałam porcelanowe figurki papieża (Ćmielów!) i zachwyciłam się papieżem-matrioszką. Niestety nie na sprzedaż.
Wróciwszy do domu otworzyłam komputer (przezornie nie dotykałam lodówki). Onet przywitał mnie radosną nowiną o ślubie Williama i Kate, co przyjęłam z przyjemnością, bo z tego, co wiem, żadne z nich nie będzie w najbliższym czasie beatyfikowane. Z rozpędu obejrzałam też ofertę angielskich sklepów. Deja vu.
A więc: para młoda na kubkach, na proporcach, na świeczkach i koszulkach. Para w ramce złotej i w ramce srebrnej, do wyboru. Niestety zero lampioników i nic w bursztynie (ha, Słowianie górą!). Za to piękne pudełko prezerwatyw: na froncie fotka Williama i Kate, a z boku sławetne: "Lie back and think of England".
Kiedy już przestałam płakać ze śmiechu, zrobiło mi się niewyraźnie. Ręka do góry: kto chciałby widzieć swoją facjatę patrzącą z każdej paczuszki prezerwatyw? Albo jeszcze inaczej: kto przeczytał w całości jakąś encyklikę?
Zawahałam się chwilę. Kolejka za mną zaczęła niecierpliwie pomrukiwać, więc na wszelki wypadek podziękowałam ekspedientce i podeszłam do wystawy.
Papież mały - trzy złote, papież duży - pięć złotych. Naklejka z papieżem - sześćdziesiąt groszy, na odwrocie modlitwa. Gratis. Do tego kubki z papieżem, chusty z papieżem, papież-świeczka (nie mogłam powstrzymać obrazów wyłażących złośliwie z zakamarków pamięci) i papież z porcelitu. Talerz z papieżem i gobelin z papieżem. Był też papież w bursztynach.
W miasteczku numer dwa hitem okazały się być lampioniki. (W żadnym wypadku nie: lampiony). - Takie niewielkie, z napisikiem - opisywała plastycznie pani o cichym głosie. - Z jednej strony krzyżyk, z drugiej obrazeczek. A do środka można wlożyć świeczuszkę, podgrzewaczyk taki. I trzyma się za uchwycik.
Kusiło, żeby zapytać, czy na obrazeczku jest Janeczek Pawełek Drugi (zagwozdka: jak się zdrabnia liczebniki?), ale ugryzłam się w język.
W miasteczku numer trzy najlepiej sprzedają się obrazy. Dla niewybrednych - takie za 10 zł, dla koneserów: malowane na płótnie. - Ale to już inwestycja - pokiwała głową kolejna pani. Za to przynajmniej artysta się postarał: jest papież w beżach, papież w zieleniach i papież we fioletach. Był też w brązach, ale się skończył. No i jednak drogi. Na szczęście jest też złoty środek: druk na płótnie. Do wyboru: w srebrnej lub złotej ramce. Jak prawdziwe.
Wiedziona perwersyjną już ciekawością odwiedziłam serwisy aukcyjne. Chwilę pozastanawiałam się nad rzeźbą Jana Pawła Drugiego z brązu (naturalnej wielkości!). Jedyne 23 tysiące zł, herb Watykanu gratis - ale zrezygnowałam, bo nie pasuje mi do kolorystyki sypialni. Pokontemplowałam porcelanowe figurki papieża (Ćmielów!) i zachwyciłam się papieżem-matrioszką. Niestety nie na sprzedaż.
Wróciwszy do domu otworzyłam komputer (przezornie nie dotykałam lodówki). Onet przywitał mnie radosną nowiną o ślubie Williama i Kate, co przyjęłam z przyjemnością, bo z tego, co wiem, żadne z nich nie będzie w najbliższym czasie beatyfikowane. Z rozpędu obejrzałam też ofertę angielskich sklepów. Deja vu.
A więc: para młoda na kubkach, na proporcach, na świeczkach i koszulkach. Para w ramce złotej i w ramce srebrnej, do wyboru. Niestety zero lampioników i nic w bursztynie (ha, Słowianie górą!). Za to piękne pudełko prezerwatyw: na froncie fotka Williama i Kate, a z boku sławetne: "Lie back and think of England".
Kiedy już przestałam płakać ze śmiechu, zrobiło mi się niewyraźnie. Ręka do góry: kto chciałby widzieć swoją facjatę patrzącą z każdej paczuszki prezerwatyw? Albo jeszcze inaczej: kto przeczytał w całości jakąś encyklikę?
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Nihil humanum?
- Więc skoro x = (50-26)/4 - powtórzyła po raz trzeci G. - To 4x = 24, więc nasza pierwsza szukana zmienna wynosi 6. Czy to jest jasne?
- Nieee - odpowiedziała chórkiem jedna trzecia sali.
Rozejrzałam się wokół niepewnie. Przede mną: dwóch mężczyzn przed czterdziestką i kobieta w średnim wieku. Obok mnie trzy późne studentki, za mną cztery kobiety w wieku bliżej nieokreślonym, stawiałabym: zadbane okołotrzydziestki.
G. kontynuowała: - Teraz wystarczy zerknąć na odchylenie standardowe i zaznaczyć wszystko na osi. Nasza druga zmienna ma być mniejsza od -4. Zaznaczcie ją na osi.
- Ale jak to - zastanowiła się głośno jedna z okołotrzydziestek. Miała spokojny niski głos. - Jak to mniejsza od -4? To znaczy, że mniejsza w stronę -5 czy mniejsza w stronę -3?
- Ty, faktycznie! - olśniło drugą okołotrzydziestkę. - Ale to dobre pytanie jest, rzeczywiście. Czemu ona nie mówi, w którą stronę mniejsze? Nie rozumiem. To gdzie ja to mam zaznaczyć?
- No chyba bliżej -3? - zaproponowała trzecia. - Przecież 3 jest mniejsze od 4?
- Ale tu są minusy jakieś.
- A. No tak. To może potem się zmieni wszystkie znaki i będzie dobrze?
Korciło mnie, żeby się odwrócić, ale obawiałam się, że nie zapanuję nad mimiką.
Okołotrzydziestki miały rzecz jasna wytłumaczenie. One są humanistkami. Ergo: one nie muszą znać matematyki. QED.
Od takich humanistów, głodu, ognia i wojny...
- Nieee - odpowiedziała chórkiem jedna trzecia sali.
Rozejrzałam się wokół niepewnie. Przede mną: dwóch mężczyzn przed czterdziestką i kobieta w średnim wieku. Obok mnie trzy późne studentki, za mną cztery kobiety w wieku bliżej nieokreślonym, stawiałabym: zadbane okołotrzydziestki.
G. kontynuowała: - Teraz wystarczy zerknąć na odchylenie standardowe i zaznaczyć wszystko na osi. Nasza druga zmienna ma być mniejsza od -4. Zaznaczcie ją na osi.
- Ale jak to - zastanowiła się głośno jedna z okołotrzydziestek. Miała spokojny niski głos. - Jak to mniejsza od -4? To znaczy, że mniejsza w stronę -5 czy mniejsza w stronę -3?
- Ty, faktycznie! - olśniło drugą okołotrzydziestkę. - Ale to dobre pytanie jest, rzeczywiście. Czemu ona nie mówi, w którą stronę mniejsze? Nie rozumiem. To gdzie ja to mam zaznaczyć?
- No chyba bliżej -3? - zaproponowała trzecia. - Przecież 3 jest mniejsze od 4?
- Ale tu są minusy jakieś.
- A. No tak. To może potem się zmieni wszystkie znaki i będzie dobrze?
Korciło mnie, żeby się odwrócić, ale obawiałam się, że nie zapanuję nad mimiką.
Okołotrzydziestki miały rzecz jasna wytłumaczenie. One są humanistkami. Ergo: one nie muszą znać matematyki. QED.
Od takich humanistów, głodu, ognia i wojny...
środa, 6 kwietnia 2011
Tu jest kiosk ruchu, ja tu mięso mam
- Dokąd? - zatrzymała mnie w drzwiach elegancko ubrana pani w ciemnych okularach.
- Do archiwum - zatrzymałam się w przedsionku.
- A po co?
- Po dokumenty - odpowiedziałam odruchowo, zanim jeszcze mój mózg zauważył, że nie muszę przecież spowiadać się każdej napotkanej w drzwiach kobiecie.
- A z jakiego zespołu? - pani zdjęła okulary i ukazała wyraźnie znudzoną twarz.
- Słucham?
- Z jakiego zespołu, pytam!
- Z żadnego zespołu, z Bardzo Dziwnej Firmy - niepewnie zerknęłam ku szatni, ale pani była stanowcza.
- Akta! - popatrzyła na mnie jak na rasową idiotkę. - Akta z jakiego zespołu?
- Nie wiem - spłoszyłam się. - Z prokuratury?
- Ale musi pani znać zespół! Bez zespołu nie można! Prokuratury to mamy dużo. Zespół jest niezbędny!
Zgrzytnęłam zębami i wyjaśniłam pani, że jeśli tylko przepuści mnie do katalogów, to podam jej nazwę zespołu. Czymkolwiek on jest. Podam jej też sygnatury i wszystko inne, czego sobie zażyczy, ale najpierw chciałabym zdjąć kurtkę i zrzucić plecak.
Dostałam się do katalogów, znalazłam zespół (nazwa zespołu: "prokuratura 1945"), znalazłam sygnaturę. Złożyłam zamówienie, odczekałam godzinę, akta zjechały z magazynu, a ja pogrążyłam się w lekturze. Po godzinie miałam już wszystko. Pozostało tylko jedno: zdjęcie.
- Dwadzieścia złotych - uśmiechnęła się niska blondynka w fartuszku. - Za zdjęcie dwadzieścia złotych się należy.
- Ale ja nie chcę kopiować akt - rozłożyłam ręce. - Ja chcę zrobić zdjęcie pomieszczenia z aktami.
- Nie szkodzi. Dwadzieścia złotych - pokręciła smutno głową blondynka i zreflektowała się. - Ale jak to? Pani chce sama zdjęcie zrobić? Bez naszej pomocy, własnym aparatem?
- Tak.
- To trzydzieści złotych.
Zdusiłam wszystkie brzydkie słowa, jakie przyszły mi na myśl.
- Zapłacę - zdecydowałam i wręczyłam blondynce pieniądze.
- Nienienienie! Ja ich nie wezmę - przeraziła się kobieta.
- A komu mam zapłacić?
- Nikomu. Proszę nam przelać na konto.
- Dobrze - ucieszyłam się, że mam ze sobą laptop. - A gdzie macie państwo punkt dostępu do internetu?
- Nie mamy.
- To jak mam państwu przelać na konto?
- Pocztą.
- A gdzie najbliższa poczta?
- Niedaleko, z pięć przystanków.
Zen, zen, zen - mruczałam pod nosem, wędrując na pocztę i z powrotem (czas: godzina dziesięć). W końcu wręczyłam blondynce przekaz pocztowy i zabrałam się do robienia zdjęcia.
- Nienienie! - powstrzymała mnie z paniką w oczach. - Tak nie można!
- Dlaczego - przestraszyłam się.
- Pani mi musi powiedzieć, jaki dokument pani chce!
- Ale ja nie chcę żadnego dokumentu, ja chcę całe pomieszczenie sfotografować, tłumaczyłam przecież. Jeśli pani woli: wszystkie dokumenty.
- Nienienie, pani musi podać jeden.
- Ale ja nie chcę jednego, ja chcę wszystkie. W całości. Hurtem.
- Musi być jeden.
- Ale ja nie potrzebuję jednego!
- Ale musi pani podać!
I tak w koło Macieju. Potem jeszcze trzeba było iść po zgodę dyrektora - i wytłumaczyć mu, dlaczego chcę na zdjęciu całe pomieszczenie, a nie jeden dokument. Potem tłumaczyć to samo cieciowi, który przyszedł patrzeć mi na ręce. Potem pokazywać aparat (czy aby na pewno nie zrobiłam dwóch zdjęć, skoro zapłaciłam za jedno).
Potem zaczęłam się zastanawiać, jak podłożyć ogień.
- Do archiwum - zatrzymałam się w przedsionku.
- A po co?
- Po dokumenty - odpowiedziałam odruchowo, zanim jeszcze mój mózg zauważył, że nie muszę przecież spowiadać się każdej napotkanej w drzwiach kobiecie.
- A z jakiego zespołu? - pani zdjęła okulary i ukazała wyraźnie znudzoną twarz.
- Słucham?
- Z jakiego zespołu, pytam!
- Z żadnego zespołu, z Bardzo Dziwnej Firmy - niepewnie zerknęłam ku szatni, ale pani była stanowcza.
- Akta! - popatrzyła na mnie jak na rasową idiotkę. - Akta z jakiego zespołu?
- Nie wiem - spłoszyłam się. - Z prokuratury?
- Ale musi pani znać zespół! Bez zespołu nie można! Prokuratury to mamy dużo. Zespół jest niezbędny!
Zgrzytnęłam zębami i wyjaśniłam pani, że jeśli tylko przepuści mnie do katalogów, to podam jej nazwę zespołu. Czymkolwiek on jest. Podam jej też sygnatury i wszystko inne, czego sobie zażyczy, ale najpierw chciałabym zdjąć kurtkę i zrzucić plecak.
Dostałam się do katalogów, znalazłam zespół (nazwa zespołu: "prokuratura 1945"), znalazłam sygnaturę. Złożyłam zamówienie, odczekałam godzinę, akta zjechały z magazynu, a ja pogrążyłam się w lekturze. Po godzinie miałam już wszystko. Pozostało tylko jedno: zdjęcie.
- Dwadzieścia złotych - uśmiechnęła się niska blondynka w fartuszku. - Za zdjęcie dwadzieścia złotych się należy.
- Ale ja nie chcę kopiować akt - rozłożyłam ręce. - Ja chcę zrobić zdjęcie pomieszczenia z aktami.
- Nie szkodzi. Dwadzieścia złotych - pokręciła smutno głową blondynka i zreflektowała się. - Ale jak to? Pani chce sama zdjęcie zrobić? Bez naszej pomocy, własnym aparatem?
- Tak.
- To trzydzieści złotych.
Zdusiłam wszystkie brzydkie słowa, jakie przyszły mi na myśl.
- Zapłacę - zdecydowałam i wręczyłam blondynce pieniądze.
- Nienienienie! Ja ich nie wezmę - przeraziła się kobieta.
- A komu mam zapłacić?
- Nikomu. Proszę nam przelać na konto.
- Dobrze - ucieszyłam się, że mam ze sobą laptop. - A gdzie macie państwo punkt dostępu do internetu?
- Nie mamy.
- To jak mam państwu przelać na konto?
- Pocztą.
- A gdzie najbliższa poczta?
- Niedaleko, z pięć przystanków.
Zen, zen, zen - mruczałam pod nosem, wędrując na pocztę i z powrotem (czas: godzina dziesięć). W końcu wręczyłam blondynce przekaz pocztowy i zabrałam się do robienia zdjęcia.
- Nienienie! - powstrzymała mnie z paniką w oczach. - Tak nie można!
- Dlaczego - przestraszyłam się.
- Pani mi musi powiedzieć, jaki dokument pani chce!
- Ale ja nie chcę żadnego dokumentu, ja chcę całe pomieszczenie sfotografować, tłumaczyłam przecież. Jeśli pani woli: wszystkie dokumenty.
- Nienienie, pani musi podać jeden.
- Ale ja nie chcę jednego, ja chcę wszystkie. W całości. Hurtem.
- Musi być jeden.
- Ale ja nie potrzebuję jednego!
- Ale musi pani podać!
I tak w koło Macieju. Potem jeszcze trzeba było iść po zgodę dyrektora - i wytłumaczyć mu, dlaczego chcę na zdjęciu całe pomieszczenie, a nie jeden dokument. Potem tłumaczyć to samo cieciowi, który przyszedł patrzeć mi na ręce. Potem pokazywać aparat (czy aby na pewno nie zrobiłam dwóch zdjęć, skoro zapłaciłam za jedno).
Potem zaczęłam się zastanawiać, jak podłożyć ogień.
środa, 23 marca 2011
Siły nieczyste
- Zrzuć szybko te dźwięki, bo jest dziura na czternastą - krzyknął Ł., mijając mnie w progu. Ok - siadłam do komputera, podłączyłam sprzęt, założyłam słuchawki.
- ...więc problem leży po stronie tej dziewczyny - usłyszałam w lewym uchu kobiecy głos na granicy słyszalności. Znowu głośność siadła, pomyślałam z irytacją, ale na wszelki wypadek podbiłam "volume" maksymalnie. Przeraźliwie głośne windowsowe "ting" prawie mnie ogłuszyło, ale kobiecy głos nie był ani trochę mocniejszy.
Zdjęłam słuchawki. Wypięłam z komputera sprzęt, sprawdziłam kabelki, założyłam słuchawki. - Tu chodzi o przekleństwo matki - zaszemrała mi do lewego ucha kobieta. Zdjęłam słuchawki. Z podczytywanej do śniadania książki wynikało, że co piąty amerykański student chociaż raz w życiu miał omamy słuchowe, ale gdzie mi do amerykańskich studentów? Owszem - ostrzegano mnie, że po kilku podobnych lekturach zacznę diagnozować schizofrenię u każdego, łącznie z sobą - ale żeby już? Tak od razu? Po pierwszym rozdziale?
Zamknęłam All Playera. Zamknęłam też Explorera, Skype'a i po krótkim namyśle edytory tekstów. Założyłam słuchawki. - ...i wtedy zaczął działać szatan - podpowiedziała cicho do lewego ucha kobieta, a ja poczułam się nieswojo.
- S., chodźże na momencik - poprosiłam dyskretnie. - Słyszysz coś?
S. założyła słuchawki, a po chwili spojrzała na mnie dziwnie. - Nic nie słyszę - wzruszyła ramionami.
- Skup się! - zażądałam, naprawdę już zaniepokojona. S. posłusznie założyła słuchawki ponownie. Po chwili zamrugała niepewnie. - Jaka znów siła nieczysta? - spytała zaskoczona. - Jakie przekleństwo? Czego ty słuchasz?
"Siłami nieczystymi" żywo zainteresował się P., a za nim aITi. Pogrzebali, poszurali, porozłączali co trzeba i wyjaśnili zagadkę: mój komputer postanowił uraczyć mnie Radiem Maryja. W dużych ilościach. Podszeptami miłej pani chciał mnie nawrócić? ;)
- ...więc problem leży po stronie tej dziewczyny - usłyszałam w lewym uchu kobiecy głos na granicy słyszalności. Znowu głośność siadła, pomyślałam z irytacją, ale na wszelki wypadek podbiłam "volume" maksymalnie. Przeraźliwie głośne windowsowe "ting" prawie mnie ogłuszyło, ale kobiecy głos nie był ani trochę mocniejszy.
Zdjęłam słuchawki. Wypięłam z komputera sprzęt, sprawdziłam kabelki, założyłam słuchawki. - Tu chodzi o przekleństwo matki - zaszemrała mi do lewego ucha kobieta. Zdjęłam słuchawki. Z podczytywanej do śniadania książki wynikało, że co piąty amerykański student chociaż raz w życiu miał omamy słuchowe, ale gdzie mi do amerykańskich studentów? Owszem - ostrzegano mnie, że po kilku podobnych lekturach zacznę diagnozować schizofrenię u każdego, łącznie z sobą - ale żeby już? Tak od razu? Po pierwszym rozdziale?
Zamknęłam All Playera. Zamknęłam też Explorera, Skype'a i po krótkim namyśle edytory tekstów. Założyłam słuchawki. - ...i wtedy zaczął działać szatan - podpowiedziała cicho do lewego ucha kobieta, a ja poczułam się nieswojo.
- S., chodźże na momencik - poprosiłam dyskretnie. - Słyszysz coś?
S. założyła słuchawki, a po chwili spojrzała na mnie dziwnie. - Nic nie słyszę - wzruszyła ramionami.
- Skup się! - zażądałam, naprawdę już zaniepokojona. S. posłusznie założyła słuchawki ponownie. Po chwili zamrugała niepewnie. - Jaka znów siła nieczysta? - spytała zaskoczona. - Jakie przekleństwo? Czego ty słuchasz?
"Siłami nieczystymi" żywo zainteresował się P., a za nim aITi. Pogrzebali, poszurali, porozłączali co trzeba i wyjaśnili zagadkę: mój komputer postanowił uraczyć mnie Radiem Maryja. W dużych ilościach. Podszeptami miłej pani chciał mnie nawrócić? ;)
środa, 9 marca 2011
Być kobietą, być kobietą
- Sepulka, jest problem - przywitała mnie od progu Kalarepa. - Dzwoniła pani, żąda publicznych przeprosin.
Klapnęłam ciężko przy biurku. Przez głowę przeleciały mi dziesiątki sytuacji z ostatnich dni, nerwowo próbowałam znaleźć wśród nich jakąkolwiek, którą mogłam spektakularnie i nieświadomie zawalić, tak, żeby były konieczne publiczne przeprosiny. Nic.
- Jaka pani? - mruknęłam niemrawo. Dawno już się nauczyłam: to, że wtopa nie przychodzi mi do głowy, w żaden sposób nie dowodzi braku wtopy. Nic z tych rzeczy.
- Pani Barbara - kontynuowała Kalarepa, patrząc na mnie ze współczuciem. - Koleżanka tej 78-latki, pamiętasz? Pani Barbara żąda przeprosin i chce cię pozwać do sądu. Za zniesławienie.
- Za co? - zmarszczyłam brwi. Między uszami coś zadzwoniło i przypomniała mi się cała historia z 78-latką. Owszem, była dość skomplikowana, ale żeby sądy? Publiczne przeprosiny? WTF?
- Zniesławienie - Kalarepie podejrzanie zadrżał kącik ust.
- Ale kogo zniesławiłam? - coś mi tu zaczęło śmierdzieć: całe biuro przysłuchiwało się naszemu dialogowi. Wyraźny znak, że coś jest nie tak.
- 78-latkę zniesławiłaś.
- Ale jak?
- Nazwałaś ją staruszką!
PS: A co, gdyby 78-latka miała pięć lat mniej? Albo 10 lat mniej? W dojrzałym wieku? Młoda inaczej? Ot, zagwozdka.
Klapnęłam ciężko przy biurku. Przez głowę przeleciały mi dziesiątki sytuacji z ostatnich dni, nerwowo próbowałam znaleźć wśród nich jakąkolwiek, którą mogłam spektakularnie i nieświadomie zawalić, tak, żeby były konieczne publiczne przeprosiny. Nic.
- Jaka pani? - mruknęłam niemrawo. Dawno już się nauczyłam: to, że wtopa nie przychodzi mi do głowy, w żaden sposób nie dowodzi braku wtopy. Nic z tych rzeczy.
- Pani Barbara - kontynuowała Kalarepa, patrząc na mnie ze współczuciem. - Koleżanka tej 78-latki, pamiętasz? Pani Barbara żąda przeprosin i chce cię pozwać do sądu. Za zniesławienie.
- Za co? - zmarszczyłam brwi. Między uszami coś zadzwoniło i przypomniała mi się cała historia z 78-latką. Owszem, była dość skomplikowana, ale żeby sądy? Publiczne przeprosiny? WTF?
- Zniesławienie - Kalarepie podejrzanie zadrżał kącik ust.
- Ale kogo zniesławiłam? - coś mi tu zaczęło śmierdzieć: całe biuro przysłuchiwało się naszemu dialogowi. Wyraźny znak, że coś jest nie tak.
- 78-latkę zniesławiłaś.
- Ale jak?
- Nazwałaś ją staruszką!
PS: A co, gdyby 78-latka miała pięć lat mniej? Albo 10 lat mniej? W dojrzałym wieku? Młoda inaczej? Ot, zagwozdka.
niedziela, 27 lutego 2011
Krawiec z prowincji
Odrobina szczęścia należy się nawet biednemu krawcowi z prowincji, prawda? Kto widział Skrzypka, ten wie. Wywołano mnie do tablicy, pytając o listę rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą. Proste, prawda?
Bez zastanowienia mogłabym takich rzeczy wyliczyć z dwadzieścia. Po zastanowieniu - pewnie sporo więcej. I wszystko byłoby proste, gdybym przed włączeniem komputera nie otworzyła gazety.
- Ile warte jest szczęście, które nie wymaga wysiłku? - zapytał z kart Mikołejko.
I klops.
PS: Eli dziękuję za wyróżnienie. :) Ale szlachectwo zobowiązuje, a wyróżnienia mają zasady. Między innymi każą one: przekazać wyróżnienie 10 innym blogom (podlinkowanym), umieścić u siebie logo wyróżnień i powiadomić nominowanych. Plus lista szczęść, rzecz jasna.
Zatem niniejszym wyróżniam tych, którzy też pytają. A że wszystko we mnie wzdraga się przed przesyłaniem dalej łańcuszków (nawet tych niewątpliwie miłych) - proszę o potraktowanie powyższych zasad z przymrużeniem oka. : )
Bez zastanowienia mogłabym takich rzeczy wyliczyć z dwadzieścia. Po zastanowieniu - pewnie sporo więcej. I wszystko byłoby proste, gdybym przed włączeniem komputera nie otworzyła gazety.
- Ile warte jest szczęście, które nie wymaga wysiłku? - zapytał z kart Mikołejko.
I klops.
PS: Eli dziękuję za wyróżnienie. :) Ale szlachectwo zobowiązuje, a wyróżnienia mają zasady. Między innymi każą one: przekazać wyróżnienie 10 innym blogom (podlinkowanym), umieścić u siebie logo wyróżnień i powiadomić nominowanych. Plus lista szczęść, rzecz jasna.
Zatem niniejszym wyróżniam tych, którzy też pytają. A że wszystko we mnie wzdraga się przed przesyłaniem dalej łańcuszków (nawet tych niewątpliwie miłych) - proszę o potraktowanie powyższych zasad z przymrużeniem oka. : )
Subskrybuj:
Posty (Atom)