- Bez sensu ta książka jest - zmarszczyła nos R. i odłożyła powieść na półkę. - Nie kupię jej.
- Dlaczego? - zdziwiłam się, bo decyzja została podjęta po jakichś pięciu sekundach od momentu wzięcia książki do ręki. R. zdążyła w tym czasie ledwie zerknąć na spis treści i pierwszą stronę.
- No wiesz! - fuknęła R. z oburzeniem. - Nie kupię czegoś, co już w pierwszym zdaniu ma Księżniczkę Parafinę, wilkołaka i złamane serce. Naraz.
Chciałam się oburzyć, że nie ocenia się po okładce i że co niby można powiedzieć o książce po pierwszym zdaniu, ale ugryzłam się w język. Zdążyłam sobie przypomnieć, że coś tam jednak można.
Więc - dla udowodnienia - garść perełek. Najlepszych pierwszych zdań, jakie wpadły mi w oko. Powiedzmy - pierwsza piątka:
1. "14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy, wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję". Jacek Dukaj, Lód.
Bezapelacyjnie miejsce pierwsze, chyba nie ma sensu wyjaśniać, dlaczego.
Konkurować z nim mogłaby tylko jedna fraza, początek pewnego pamiętnika: "Teraz będę kłamał". Ale to zdanie nie rozpoczyna książki, więc (z lekkim niedosytem) - nie uwzględniam. Jeden Dukaj wystarczy.
2. "W obliczeniach był błąd". Stanisław Lem, Eden.
Krótko, zwięźle i na temat. Cztery słowa, które momentalnie nasuwają co najmniej dziesięć pytań; a przecież same są odpowiedzią na (niezadane) pytanie. Majstersztyk i mój faworyt przez długie lata; aż do pojawienia się Lodu na pólkach księgarskich.
3. "Wszystko to wydarzyło się mniej więcej naprawdę". Kurt Vonnegut, Rzeźnia nr 5.
Chyba także nie wymaga wyjaśnień. No bo czy jest ktoś, kogo nie zaintryguje to "mniej więcej"? Zwłaszcza w zderzeniu z tytułem i podtytułami?
4. "W początku lipca, pod wieczór niezwykle upalnego dnia, pewien młodzieniec wyszedł na ulicę ze swej izdebki, którą podnajmował od lokatorów przy ulicy S-ej, i powoli, jakby niezdecydowany, skierował się ku mostowi K-mu". Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara.
Niby nic: żadnego Hitchcockowego trzęsienia ziemi, żadnych fajerwerków; tylko wieczór, upał i jakby niezdecydowany młodzieniec (zwykle nie lubię "jakby", ale tutaj ono jest koniecznie, takie "jakby" sine qua non; mistrzowskie). Plus izdebka, lokator i niepokojące inicjały.
5. "Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód”. Gabriel Garcia Marquez, Sto lat samotności.
Tego po prostu nie mogło zabraknąć. A najfajniejsze jest to, że mamy tu Cyganów, pułownika i cały pluton egzekucyjny, a czytelnik i tak odruchowo zastanawia się, o co, do jasnej Anielki, chodzi z tym lodem. Czapki z głów.
Macie swoje typy?
pytania
sobota, 19 maja 2012
poniedziałek, 7 maja 2012
Whose shadow shadows doth make bright*
Na początu było światło.
Żadne tam słońce, zwykłe niebieskie świetlówki, rozmieszczone z pozorną regularnością w białej sali jak we wnętrzu kostki do gry. Regularność jest pozorna: kiedy już wydaje się, że zawieszone w powietrzu pręty błękitnego światła układają się w równe szpalery - wtedy wystarczy jeden ruch głową i puff! Wzór nie istnieje.
Pół biedy, jeśli w sali nie ma nikogo innego. Ale zwykle są inni zwiedzający, jest też Pani Pilnująca. Wtedy wystarczy kilka minut, żeby wściekły błękit wprowadził chaos w inne kolory, zwłaszcza te dobrze znane. Na przykład w odcień cery. Albo włosy; niewiarygodne, co błękit robi z włosami. Albo błękitne pulsujące żyłki na skroniach.
Potem cień.
Właściwie całą książkę Stoichity** i kilka traktatów filozoficznych można by spokojnie zamienić na kilkadziesiąt minut w dwóch salach wystawienniczych. To, co Berdyszak robi z cieniem, jest porównywalne do tego, co Szekspir robił ze słowem.
I na końcu - ciemność.
Ciemność absolutna, do której oczy nie przyzwyczajają się nawet po kwadransie. Dezorientacja nie mija, bodźców jest zdecydowanie za mało, zaczynają pojawiać się powidoki, mózg wariuje. Pomieszczenie jest wygłuszone, więc zostaje dotyk, ale błędnik też zdecydowanie protestuje - zwłaszcza, że po dwóch krokach okazuje się, że podłoga na przemian rośnie i ugina się pod stopami.
Przysiadłam sobie w środkowej sali i patrzyłam na miny ludzi wychodzących z ciemności. Było na co patrzeć. Uwagę przykuła zwłaszcza ruda dziewczyna, która jako jedna z nielicznych poświęciła cieniowi więcej niż pięć minut. Już-już chciała wejść do ciemności, kiedy uśmiechnęła się do niej Pani Pilnująca.
- I co, podoba się?
- Podoba - speszyła się ruda dziewczyna.
- Świetnie! - ucieszyła się Pani Pilnująca. - Ale wie pani co, do tej trzeciej sali to już pani nie ma po co wchodzić. Naprawdę. Tam nic nie ma. Tam tylko ciemno jest. Nuda, nie warto.
* Szekspir, no jasne, bo któż by inny
** Victor Stoichita, Krótka historia cienia. Koniecznie.
Żadne tam słońce, zwykłe niebieskie świetlówki, rozmieszczone z pozorną regularnością w białej sali jak we wnętrzu kostki do gry. Regularność jest pozorna: kiedy już wydaje się, że zawieszone w powietrzu pręty błękitnego światła układają się w równe szpalery - wtedy wystarczy jeden ruch głową i puff! Wzór nie istnieje.
Pół biedy, jeśli w sali nie ma nikogo innego. Ale zwykle są inni zwiedzający, jest też Pani Pilnująca. Wtedy wystarczy kilka minut, żeby wściekły błękit wprowadził chaos w inne kolory, zwłaszcza te dobrze znane. Na przykład w odcień cery. Albo włosy; niewiarygodne, co błękit robi z włosami. Albo błękitne pulsujące żyłki na skroniach.
Potem cień.
Właściwie całą książkę Stoichity** i kilka traktatów filozoficznych można by spokojnie zamienić na kilkadziesiąt minut w dwóch salach wystawienniczych. To, co Berdyszak robi z cieniem, jest porównywalne do tego, co Szekspir robił ze słowem.
I na końcu - ciemność.
Ciemność absolutna, do której oczy nie przyzwyczajają się nawet po kwadransie. Dezorientacja nie mija, bodźców jest zdecydowanie za mało, zaczynają pojawiać się powidoki, mózg wariuje. Pomieszczenie jest wygłuszone, więc zostaje dotyk, ale błędnik też zdecydowanie protestuje - zwłaszcza, że po dwóch krokach okazuje się, że podłoga na przemian rośnie i ugina się pod stopami.
Przysiadłam sobie w środkowej sali i patrzyłam na miny ludzi wychodzących z ciemności. Było na co patrzeć. Uwagę przykuła zwłaszcza ruda dziewczyna, która jako jedna z nielicznych poświęciła cieniowi więcej niż pięć minut. Już-już chciała wejść do ciemności, kiedy uśmiechnęła się do niej Pani Pilnująca.
- I co, podoba się?
- Podoba - speszyła się ruda dziewczyna.
- Świetnie! - ucieszyła się Pani Pilnująca. - Ale wie pani co, do tej trzeciej sali to już pani nie ma po co wchodzić. Naprawdę. Tam nic nie ma. Tam tylko ciemno jest. Nuda, nie warto.
* Szekspir, no jasne, bo któż by inny
** Victor Stoichita, Krótka historia cienia. Koniecznie.
niedziela, 15 kwietnia 2012
To be or not to be?
Oto jest pytanie.
Do tej pory odpowiedzi było już kilkadziesiąt, a najlepsze z nich brzmiały: Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Kenneth Brannagh. Teraz szturmem na podium wdarła się jeszcze jedna odpowiedź: David Tennant; czyli Hamlet w wersji Royal Shakespeare Company dla BBC (2009).
Intrygujące.
Przede wszystkim: Monolog. (Wiadomo, że oglądanie nagranego Hamleta, jakiegokowiek Hamleta, zaczyna się od Monologu, prawda?) I tutaj czapki z głów, bo reżyser stanął na wysokości zadania i w pełni wykorzystał fakt, że oko kamery wymaga innych środków niż teatralna publika. Takiego stopnia intymności nie udało się zbudować nawet Ethanowi Hawke'owi (a przecież jego wersji "Hamleta" można zarzucić wiele, ale NIE złe wykorzystanie kamery; Michael Almereyda doskonale wiedział, co robi).
Do tego znakomita, bardzo oszczędna, minimalistyczna w tej scenie gra Tennanta: przy niemal zerowej amplitudzie emocji jedno drgnięcie powieki działa silniej niż krzyk. Nie da się nie porównywać tego z Brannaghiem (Burtona, Olivera i Gibsona pomijam, bo od dawna są poza moim prywatnym podium, ale dla Brannagha nadal mam owacje na stojąco).
Brannagh w jednym monologu zmieścił niemal całe spektrum emocji; trzymał je wszystkie na postronku i robił z nimi, co chciał. Ale jego książę był filozofem; zastanawiał się nad życiem. Hamlet Tennanta mówi o śmierci. Nie zastanawia się, nie intelektualizuje, po prostu mówi. Apatia, anhedonia aż biją po oczach.
Tyle monolog. A reszta? Można się w tym spektaklu do paru drobiazgów przyczepić: zdarzają się nieliczne dłużyzny i chyba nie do końca przemyślane sceny (np. przysięgi). Miałam też wątpliwości co do poprowadzenia tytułowej roli: wiem już, że Tennant potrafi w ułamku sekundy z rozbuchanej, groteskowej mimiki i gestykulacji przerzucić się na bardzo oszczędną grę aktorską, gdzie samo uniesienie brwi wbija w fotel.
Bawił się tym ładnie grając Doctora Who, gdzie takie niespodziewane wolty rzeczywiście robiły wrażenie. Ale przez dobrą godzinę spektaklu nie mogłam pozbyć się uczucia, że serwuje mi się dokładnie takie same triki, tyle że przy zamianie proporcji składników (tym razem to groteska była rzadkością). Na szczęście mniej więcej w połowie sztuki Tennant pokazał, że ma do dyspozycji znacznie bogatszy arsenał środków aktorskich, a rola poprowadzona jest w przemyślany i spójny sposób. Oklaski zwłaszcza za resztę, która jest milczeniem.
Plusy? Doskonały Klaudiusz Patricka Stewarta i intrygująca Ofelia (Mariah Gale). Zdecydowanie scenografia, równie oszczędna, jak monolog: czerń, szarość, lustra, lustra i jeszcze raz lustra (tak, okazuje się, że można zrobić kolejnego Hamleta z lustrami i nie kopiować Brannagha).
Jednym słowem: polecam.
I w związku z nawrotem szekspiromanii biegnę szukać dobrej inscenizacji "Burzy". Ktoś zna jakąś?
Do tej pory odpowiedzi było już kilkadziesiąt, a najlepsze z nich brzmiały: Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Kenneth Brannagh. Teraz szturmem na podium wdarła się jeszcze jedna odpowiedź: David Tennant; czyli Hamlet w wersji Royal Shakespeare Company dla BBC (2009).
Intrygujące.
Przede wszystkim: Monolog. (Wiadomo, że oglądanie nagranego Hamleta, jakiegokowiek Hamleta, zaczyna się od Monologu, prawda?) I tutaj czapki z głów, bo reżyser stanął na wysokości zadania i w pełni wykorzystał fakt, że oko kamery wymaga innych środków niż teatralna publika. Takiego stopnia intymności nie udało się zbudować nawet Ethanowi Hawke'owi (a przecież jego wersji "Hamleta" można zarzucić wiele, ale NIE złe wykorzystanie kamery; Michael Almereyda doskonale wiedział, co robi).
Do tego znakomita, bardzo oszczędna, minimalistyczna w tej scenie gra Tennanta: przy niemal zerowej amplitudzie emocji jedno drgnięcie powieki działa silniej niż krzyk. Nie da się nie porównywać tego z Brannaghiem (Burtona, Olivera i Gibsona pomijam, bo od dawna są poza moim prywatnym podium, ale dla Brannagha nadal mam owacje na stojąco).
Brannagh w jednym monologu zmieścił niemal całe spektrum emocji; trzymał je wszystkie na postronku i robił z nimi, co chciał. Ale jego książę był filozofem; zastanawiał się nad życiem. Hamlet Tennanta mówi o śmierci. Nie zastanawia się, nie intelektualizuje, po prostu mówi. Apatia, anhedonia aż biją po oczach.
Tyle monolog. A reszta? Można się w tym spektaklu do paru drobiazgów przyczepić: zdarzają się nieliczne dłużyzny i chyba nie do końca przemyślane sceny (np. przysięgi). Miałam też wątpliwości co do poprowadzenia tytułowej roli: wiem już, że Tennant potrafi w ułamku sekundy z rozbuchanej, groteskowej mimiki i gestykulacji przerzucić się na bardzo oszczędną grę aktorską, gdzie samo uniesienie brwi wbija w fotel.
Bawił się tym ładnie grając Doctora Who, gdzie takie niespodziewane wolty rzeczywiście robiły wrażenie. Ale przez dobrą godzinę spektaklu nie mogłam pozbyć się uczucia, że serwuje mi się dokładnie takie same triki, tyle że przy zamianie proporcji składników (tym razem to groteska była rzadkością). Na szczęście mniej więcej w połowie sztuki Tennant pokazał, że ma do dyspozycji znacznie bogatszy arsenał środków aktorskich, a rola poprowadzona jest w przemyślany i spójny sposób. Oklaski zwłaszcza za resztę, która jest milczeniem.
Plusy? Doskonały Klaudiusz Patricka Stewarta i intrygująca Ofelia (Mariah Gale). Zdecydowanie scenografia, równie oszczędna, jak monolog: czerń, szarość, lustra, lustra i jeszcze raz lustra (tak, okazuje się, że można zrobić kolejnego Hamleta z lustrami i nie kopiować Brannagha).
Jednym słowem: polecam.
I w związku z nawrotem szekspiromanii biegnę szukać dobrej inscenizacji "Burzy". Ktoś zna jakąś?
środa, 11 kwietnia 2012
O smutku w tonacji moll
- Dlaczego tonacje molowe wydają się smutne?
Takich pytań się nie zadaje; to jak pytać o to, dlaczego samoloty latają. Latają i już. A tonacje molowe są smutne i już - pewnie po to, żeby je można było odróżnić od durowych, to oczywiste.
No ale pytanie zostało zadane i bezczelnie rozsiadło się w głowie. Więc na początek banalna kwerenda w google: amerykańscy naukowcy* twierdzą, że ma to związek z ludzką mową. O smutku mówimy w tonacji moll, więc nic dziwnego, że gamy molowe się nam smutno kojarzą, prawda? A guzik, bo na szczęście naukowcy byli przyzwoici i zaznaczyli wyraźnie, że korelacja to nie to samo, co wynikanie. O kierunku strzałeczki nie wspominając.
Kolejne przekopywanie googla zbyt wiele nie dało, więc trzeba było stanąć na wysokości zadania i sięgnąć po stary dobry papier. Wiadomo: któż, jeśli nie Oliver Sacks?
A u Sacksa wszystko: muzykofilia i amuzja, afazja i amnezja i dużo innych rzeczy na "a". Sawanci, słuch absolutny (kontra ogromna skala, chciałoby się dodać); dysharmonia, dyskineza i kantylacja; prawie czterysta stron fascynującej lektury, a o skalach molowych nic.
Nic zupełnie.
Było za to co nieco o emocjach, ale bez odkrywania Ameryki. To, że muzykalność (pojmowana stricte percepcyjnie) jest uzależniona od struktur mózgowych wydaje się oczywiste. Ale mówiąc o emocjach Sacks skupia się już na tzw czynnikach osobowościowych (wszystko brzmi bardziej naukowo, jeśli doda się do tego "czynnik", prawda?) i tym gładkim stwierdzeniem nie wyjaśnia prawie nic.
A to przecież nie koniec. Bo czy skale minorowe rzeczywiście brzmią nam smutno? A może to tylko kwestia tempa utworu i instrumentu? A co z uwarunkowaniami kulturowymi? A nawet jeśli brzmią smutno, to czy nie brzmią tak dlatego, że powiedziano nam, że tak brzmieć powinny?
I tak, tak, wiem. Sacks ma te kilkanaście stron bibliografii w lengłydżu. Ale jakby ktoś umiał odpowiedzieć krócej, to ja bym była jednak wdzięczna. Bo wiecie, przeczytać te 200 artykułów to może i na upartego mogę, ale nie wiem, czy mój mózg to wytrzyma. Szczerze wątpię.
A gdyby ktoś chciał sprawdzić, jak mu skala molowa brzmi, to exploratorium [link tam gdzie zwykle, czyli w Inspiracjach] może pomóc. Google jednak nie takie złe.
To co - jakieś odpowiedzi może?
*Tak, też mam czasem wrażenie, że brzmi to jak oksymoron. Ale to naprawdę byli naukowcy i naprawdę z USA. Zainteresowanych odsyłam do googla i The Guardian.
Takich pytań się nie zadaje; to jak pytać o to, dlaczego samoloty latają. Latają i już. A tonacje molowe są smutne i już - pewnie po to, żeby je można było odróżnić od durowych, to oczywiste.
No ale pytanie zostało zadane i bezczelnie rozsiadło się w głowie. Więc na początek banalna kwerenda w google: amerykańscy naukowcy* twierdzą, że ma to związek z ludzką mową. O smutku mówimy w tonacji moll, więc nic dziwnego, że gamy molowe się nam smutno kojarzą, prawda? A guzik, bo na szczęście naukowcy byli przyzwoici i zaznaczyli wyraźnie, że korelacja to nie to samo, co wynikanie. O kierunku strzałeczki nie wspominając.
Kolejne przekopywanie googla zbyt wiele nie dało, więc trzeba było stanąć na wysokości zadania i sięgnąć po stary dobry papier. Wiadomo: któż, jeśli nie Oliver Sacks?
A u Sacksa wszystko: muzykofilia i amuzja, afazja i amnezja i dużo innych rzeczy na "a". Sawanci, słuch absolutny (kontra ogromna skala, chciałoby się dodać); dysharmonia, dyskineza i kantylacja; prawie czterysta stron fascynującej lektury, a o skalach molowych nic.
Nic zupełnie.
Było za to co nieco o emocjach, ale bez odkrywania Ameryki. To, że muzykalność (pojmowana stricte percepcyjnie) jest uzależniona od struktur mózgowych wydaje się oczywiste. Ale mówiąc o emocjach Sacks skupia się już na tzw czynnikach osobowościowych (wszystko brzmi bardziej naukowo, jeśli doda się do tego "czynnik", prawda?) i tym gładkim stwierdzeniem nie wyjaśnia prawie nic.
A to przecież nie koniec. Bo czy skale minorowe rzeczywiście brzmią nam smutno? A może to tylko kwestia tempa utworu i instrumentu? A co z uwarunkowaniami kulturowymi? A nawet jeśli brzmią smutno, to czy nie brzmią tak dlatego, że powiedziano nam, że tak brzmieć powinny?
I tak, tak, wiem. Sacks ma te kilkanaście stron bibliografii w lengłydżu. Ale jakby ktoś umiał odpowiedzieć krócej, to ja bym była jednak wdzięczna. Bo wiecie, przeczytać te 200 artykułów to może i na upartego mogę, ale nie wiem, czy mój mózg to wytrzyma. Szczerze wątpię.
A gdyby ktoś chciał sprawdzić, jak mu skala molowa brzmi, to exploratorium [link tam gdzie zwykle, czyli w Inspiracjach] może pomóc. Google jednak nie takie złe.
To co - jakieś odpowiedzi może?
*Tak, też mam czasem wrażenie, że brzmi to jak oksymoron. Ale to naprawdę byli naukowcy i naprawdę z USA. Zainteresowanych odsyłam do googla i The Guardian.
środa, 28 marca 2012
Wiosenna reaktywacja, czyli o czym marzą kobiety?
Urodziny C. Okrągłe, więc feta jak się patrzy: balony, pełny stół, tort, świeczki itd.
- No bo wiesz, ja to bym chciał ci życzyć czegoś... wyjątkowego - zaczyna Struś. - Znaczy, owszem, zdrowia, szczęścia i tych wszystkich przyległych; ale też czegoś więcej. Spełnienia pragnień - tych największych, najskrytszych, największych... No sam nie wiem. Czego ci życzyć?
C. zastanawia się uczciwie. Przez dłuższą chwilę wpatruje się w stojący na stole tort; wosk ze świeczek niebezpiecznie zbliża się już do marcepanowych kwiatków.
- Owszem, jest taka rzecz - zaczyna powoli, rozmarzonym głosem. Gwar w pomieszczeniu robi się o ton - dwa cichszy. Oczy wszystkich kierują się na solenizantkę.
- Jest takie coś... - kontynuuje z nieobecnym spojrzeniem C. - Takie moje największe marzenie, jeszcze z czasów dzieciństwa... Czekolada! Nadziewana toffi i mająca zero kalorii! Z darmową dostawą do domu przez najbliższe pięćdziesiąt lat!
...czego i C. i Wam życzę :)
- No bo wiesz, ja to bym chciał ci życzyć czegoś... wyjątkowego - zaczyna Struś. - Znaczy, owszem, zdrowia, szczęścia i tych wszystkich przyległych; ale też czegoś więcej. Spełnienia pragnień - tych największych, najskrytszych, największych... No sam nie wiem. Czego ci życzyć?
C. zastanawia się uczciwie. Przez dłuższą chwilę wpatruje się w stojący na stole tort; wosk ze świeczek niebezpiecznie zbliża się już do marcepanowych kwiatków.
- Owszem, jest taka rzecz - zaczyna powoli, rozmarzonym głosem. Gwar w pomieszczeniu robi się o ton - dwa cichszy. Oczy wszystkich kierują się na solenizantkę.
- Jest takie coś... - kontynuuje z nieobecnym spojrzeniem C. - Takie moje największe marzenie, jeszcze z czasów dzieciństwa... Czekolada! Nadziewana toffi i mająca zero kalorii! Z darmową dostawą do domu przez najbliższe pięćdziesiąt lat!
...czego i C. i Wam życzę :)
czwartek, 19 stycznia 2012
- O nie. Nie znowu - pomyślała doniczka z petunią
Pytanie kwartału: Czemu doniczka z petunią tak pomyślała?
Pytanie miesiąca: - Co zrobić, kiedy samochód gaśnie co pół minuty na dystansie 300 metrów?
Odpowiedź miesiąca: - Zwolnić hamulec ręczny.
Pytanie tygodnia: - Kiedy tramwaj ma pierwszeństwo?
Odpowiedź tygodnia: - Tramwaj ma pierwszeństwo zawsze. Z wyjątkiem sytuacji, w których musi ustąpić.
Pytanie dnia: - Jaka jest odpowiedź na pytanie kwartału?
[Ergo: 42, QED]
Pytanie miesiąca: - Co zrobić, kiedy samochód gaśnie co pół minuty na dystansie 300 metrów?
Odpowiedź miesiąca: - Zwolnić hamulec ręczny.
Pytanie tygodnia: - Kiedy tramwaj ma pierwszeństwo?
Odpowiedź tygodnia: - Tramwaj ma pierwszeństwo zawsze. Z wyjątkiem sytuacji, w których musi ustąpić.
Pytanie dnia: - Jaka jest odpowiedź na pytanie kwartału?
[Ergo: 42, QED]
sobota, 12 listopada 2011
Za opóźnienia przepraszamy
Że PKP nie dba o klientów? Bluźnierstwo, proszę Państwa, bluźnierstwo i herezja. Wchodzę sobie ostatnio do pociągu Regio. Na zewnątrz niecałe pięć stopni, ale w pustym wagonie przyjemne ciepło, więc zadowolona zrzucam płaszcz, czapkę, szalik i wyjmuję książkę. Po kolejnych dziesięciu minutach podwijam rękawy bluzki, pięć minut później zaczynam wachlować się książką. Ciepło.
Otwieram więc okno (otwiera się!). Nie za bardzo, tyle tylko, by wpuścić nieco tlenu.
- A pani tak ciepło, że aż okno trzeba otworzyć? - pyta po kwandransie konduktor, kasując bilet.
- Gorąco było, to otworzyłam, niech się jeszcze chwilkę przewietrzy - odruchowo zaczynam się tłumaczyć.
- To może lepiej niech pani to okno zamknie.
- Ale... - coś mi zaczyna się nie zgadzać, ale nie chce mi się wchodzić w głupie konwersacje. - Dobrze, za kilka minut zamknę.
- Lepiej zamknie już teraz. Innym pasażerom przeszkadza. Bo zimno.
- Ale w wagonie nie ma nikogo poza mną - rozejrzałam się odruchowo.
- No nie ma. Ale będą za pół godziny. I będzie im zimno.
I niech ktoś powie, że PKP nie dba o pasażerów. Cytując klasyka: "Zarząd spółki PKP zdaje sobie sprawę, że połowa pociągów jeździ przepełniona. Ale druga połowa jest prawie pusta. Więc w czym problem?".
PS: Okno zamknęłam, przejąwszy się losem potencjalnych pasażerów. Pół godziy później do wagonu weszła starsza pani. Wyjęła książkę i otworzyła okno.
Otwieram więc okno (otwiera się!). Nie za bardzo, tyle tylko, by wpuścić nieco tlenu.
- A pani tak ciepło, że aż okno trzeba otworzyć? - pyta po kwandransie konduktor, kasując bilet.
- Gorąco było, to otworzyłam, niech się jeszcze chwilkę przewietrzy - odruchowo zaczynam się tłumaczyć.
- To może lepiej niech pani to okno zamknie.
- Ale... - coś mi zaczyna się nie zgadzać, ale nie chce mi się wchodzić w głupie konwersacje. - Dobrze, za kilka minut zamknę.
- Lepiej zamknie już teraz. Innym pasażerom przeszkadza. Bo zimno.
- Ale w wagonie nie ma nikogo poza mną - rozejrzałam się odruchowo.
- No nie ma. Ale będą za pół godziny. I będzie im zimno.
I niech ktoś powie, że PKP nie dba o pasażerów. Cytując klasyka: "Zarząd spółki PKP zdaje sobie sprawę, że połowa pociągów jeździ przepełniona. Ale druga połowa jest prawie pusta. Więc w czym problem?".
PS: Okno zamknęłam, przejąwszy się losem potencjalnych pasażerów. Pół godziy później do wagonu weszła starsza pani. Wyjęła książkę i otworzyła okno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)