- Ja już nie wiem - wzruszyła ramionami praktykantka. - Poprawiłam w tekście kwiatki na myślniki, podpisałam się pełnym nazwiskiem, przepuściłam przez ABC w Wordzie, czego jeszcze szefowa ode mnie chce?
Westchnęłam. Pratykantka pojawiła się w Dziwnej Firmie kilka dni temu i na mnie spadło szczęście zajmowania się nią. Pojawiła się mniej więcej w tym samym czasie, co mróz i śnieg za oknem, sesja na uczelni i sajgon w robocie - i doprawdy nie wiem, które z tych czterech nieszczęść najbardziej dało mi w kość.
Żeby nie było: są postępy. Wytłumaczyłam już dziewczynie, że:
- nie ma żadnego, absolutnie żadnego powodu, by słowa i zwroty: radny, starosta, dyrektor, nasz bank, ksiądz proboszcz, świetlica i sołtys pisać wielkimi literami;
- z kolei dla słów: Polska, Warszawa i Wisła taki powód by się znalazł;
- morze naprawdę(!) różni się od może;
- dialogi wydzielamy z tekstu myślnikami nie bez przyczyny;
- zwrot: spotkania są darmowe, za niewielką opłatą 60 zł nie jest szczytem logiki;
- ewentualne wyliczenia NIE powinny zaczynać się od kwiatuszków;
- słowa takie jak kasjero-dysponent można sobie darować;
- podobnie jak zwroty: obsługa klienta jest bardzo pracochłonna i wydłuża czas obsługi klienta.
Żeby było śmieszniej: dziewczyna jest studentką trzeciego roku dziennikarstwa. Oj, czarno ja widzę przyszłość naszych mediów, czarno.
Teraz pracujemy nad przecinkami przed że i który (ona) i nad doskonaleniem anielskiej cierpliwości (ja). Średnio nam idzie: jej brakuje zapału, a mnie aureola uciska.
poniedziałek, 21 lutego 2011
poniedziałek, 7 lutego 2011
Egzamin, jakich mało
- Panie profesorze, czy mogę chwilę zająć? - spytał niewysoki chudzielec w okularach. Siedzący obok mnie siwobrody pan w garniturze odwrócił się i ze zrezygnowaną miną odstawił kawę na stolik. Wcześniej czekał na tę kawę dobre 10 minut w kolejce długiej jak za PRL.
- Słucham, panie Marcinie.
- Bo ja się tak zastanawiałem, panie profesorze... - student nie bardzo wiedział jak zacząć. - Bo ten egzamin w środę... Zastanawiałem się, jak on będzie wyglądał - skończył dość niepewnie.
Profesor uśmiechnął się pod siwym wąsem.
- Panie Marcinie, zwyczajnie będzie wyglądał. Porozmawiamy sobie po męsku o filozofii, o pana pracy magisterskiej. Taka rozmowa dwóch inteligentnych ludzi, poradzi pan sobie.
- No tak... - student nie rezygnował. - Tylko ja się zastanawiam, na jaki temat tak mniej więcej będzie ta rozmowa.
Profesor pokręcił głową.
- Na temat pana pracy, oczywiście. No i trochę też o podstawach filozofii, które pan przecież zna. Naprawdę, proszę to traktować jak przyjemność.
Student nie dawał za wygraną - postanowił zagrać va banque.
- Ale panie profesorze - wybąkał. - Bo pytania...
W oczach profesora zabłysły iskierki.
- Pytania... - zadumał się. - No dobrze, mogę panu podać pytania. Ale proszę zrozumieć: jeśli to zrobię, będę też wymagał konkretnych odpowiedzi. Takich, z którymi trudno mi będzie dyskutować, które będą jasne, precyzyjne i solidnie umotywowane. Rozumiemy się?
- Taktaktaktak - uśmiech pana Marcina rozjaśnił uczelniany korytarz. - To o co pan profesor zapyta?
- No cóż - iskierki zamigotały. - Przede wszystkim będę chciał poznać odpowiedź na pytanie: jak się pan nazywa. Potem: czy istnieje Bóg? Cóż to jest prawda? I dlaczego raczej coś niż nic?
Wniosek? Czasem lepiej nie wiedzieć.
- Słucham, panie Marcinie.
- Bo ja się tak zastanawiałem, panie profesorze... - student nie bardzo wiedział jak zacząć. - Bo ten egzamin w środę... Zastanawiałem się, jak on będzie wyglądał - skończył dość niepewnie.
Profesor uśmiechnął się pod siwym wąsem.
- Panie Marcinie, zwyczajnie będzie wyglądał. Porozmawiamy sobie po męsku o filozofii, o pana pracy magisterskiej. Taka rozmowa dwóch inteligentnych ludzi, poradzi pan sobie.
- No tak... - student nie rezygnował. - Tylko ja się zastanawiam, na jaki temat tak mniej więcej będzie ta rozmowa.
Profesor pokręcił głową.
- Na temat pana pracy, oczywiście. No i trochę też o podstawach filozofii, które pan przecież zna. Naprawdę, proszę to traktować jak przyjemność.
Student nie dawał za wygraną - postanowił zagrać va banque.
- Ale panie profesorze - wybąkał. - Bo pytania...
W oczach profesora zabłysły iskierki.
- Pytania... - zadumał się. - No dobrze, mogę panu podać pytania. Ale proszę zrozumieć: jeśli to zrobię, będę też wymagał konkretnych odpowiedzi. Takich, z którymi trudno mi będzie dyskutować, które będą jasne, precyzyjne i solidnie umotywowane. Rozumiemy się?
- Taktaktaktak - uśmiech pana Marcina rozjaśnił uczelniany korytarz. - To o co pan profesor zapyta?
- No cóż - iskierki zamigotały. - Przede wszystkim będę chciał poznać odpowiedź na pytanie: jak się pan nazywa. Potem: czy istnieje Bóg? Cóż to jest prawda? I dlaczego raczej coś niż nic?
Wniosek? Czasem lepiej nie wiedzieć.
wtorek, 1 lutego 2011
Życie, wszechświat i cała reszta
Rozmowa zeszła na tematy moralności, etyki i - rzecz jasna - religii. Nieuniknione, jeśli w gronie znajdzie się jeden lub, nie daj Boże, kilkoro absolwentów filozofii. Czasem wystarczy nawet jedna polonistka. Jeśli do tego dorzucić teologa, fizyka i psychologa - mieszanka wybuchowa gotowa.
P. peorował zawzięcie, tłumacząc podstawy etyki. N.z cierpliwością anioła wyjaśniała zawiłości teologii. W ogólnym rozgardziaszu Cytryna zapytała cicho:
- A ten P. to katolik jest?
- Nie - pośpieszył z odpowiedzią Syjam. - To ateista. Ale dobry i mądry człowiek.
- Aha - ze zrozumieniem pokiwała głową Cytryna.
Siła stereotypu?
P. peorował zawzięcie, tłumacząc podstawy etyki. N.z cierpliwością anioła wyjaśniała zawiłości teologii. W ogólnym rozgardziaszu Cytryna zapytała cicho:
- A ten P. to katolik jest?
- Nie - pośpieszył z odpowiedzią Syjam. - To ateista. Ale dobry i mądry człowiek.
- Aha - ze zrozumieniem pokiwała głową Cytryna.
Siła stereotypu?
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Kilka zdjęć nieprzekładalnych
Jak to opisać?
To mogłaby być kolejna historia o kobiecie, która wygrała z rakiem. O tym, że bywało ciężko, bywało nie do zniesienia, że świat na kilka chwil, dni, może tygodni, miesięcy, bo kto by liczył czas, świat stanął i poszedł swoją drogą, inną drogą i wydawało się, że już nic, nigdy i nigdzie. A potem okazało się, że może jednak, może coś, że trzeba walczyć. I wygrać.
Potem wyszło na jaw, że wygrana też nie jest kompletna. Brakuje kawałka "ja", a ten brakujący element uwiera bardziej, niż można by przypuszczać, przeszkadza, choć go nie ma. Więc trzeba działać dalej.
To była taka histora, ale ja jej nie opowiem.
Opowiadało ją zresztą już wiele osób.
Ale najgłośniej mówiły zdjęcia. Na jednych G. była po prostu sobą: elegancka blondynka po czterdziestce, nienagany makijaż, przenikliwe spojrzenie i przekornie przekrzywiony kapelusz.
Metr dalej ta sama blondynka: roześmiana, siedząca swobodnie w działkowym ogródku, w kącikach zmrużonych oczu kurze łapki, twarz bez makijażu wydaje się być samym uśmiechem. I zielony sweterek, z którym jest coś nie tak, chyba po prostu źle leży.
Kilkanaście centymentrów dalej znowu ona. Już nie jest roześmiana, nie jest blondynką - nie ma na głowie ani jednego włoska. Stoi owinięta w jaskrawobłękitny szlafrok, wyraźnie o kilka numerów za duży, pasował pewnie doskonale na tę elegancką panią w kapeluszu. Stoi w balkonowych drzwiach, w ręku trzyma papierosa. Z chudej twarzy patrzą duże oczy bez wyrazu.
Szybki powrót wzrokiem do zielonego sweterka. Już widzę, dlaczego nie leży.
Z każdym kolejnym zdjęciem zaciskam zęby coraz mocniej. Przed ostatnim z nich gromadzi się najwięcej ludzi. Fotografia jest studyjna. G. spogląda spod oka - ubrana w białą koszulę, na głowie ma męski kapelusz. Koszula jest rozpięta, widać prawą pierś i dużą bliznę tam, gdzie powinna być lewa.
Nie opiszę tej wystawy. Lessing miał rację, to jest niemożliwe. Słowo i obraz są za daleko od siebie i każda próba opisu musi skończyć się zbanalizowaniem tematu, jest nieuchronnie skazana na porażkę.
Poza tym - nie wiem, o czym jest ta wystawa. Nie wiem, co to znaczy zmagać się z rakiem, walczyć o życie, o zdrowie, o kobiecość. Mogę powtarzać cudze słowa najwierniej, jak potrafię, ale w dalszym ciągu nie będę wiedzieć. Nie chcę wiedzieć.
To mogłaby być kolejna historia o kobiecie, która wygrała z rakiem. O tym, że bywało ciężko, bywało nie do zniesienia, że świat na kilka chwil, dni, może tygodni, miesięcy, bo kto by liczył czas, świat stanął i poszedł swoją drogą, inną drogą i wydawało się, że już nic, nigdy i nigdzie. A potem okazało się, że może jednak, może coś, że trzeba walczyć. I wygrać.
Potem wyszło na jaw, że wygrana też nie jest kompletna. Brakuje kawałka "ja", a ten brakujący element uwiera bardziej, niż można by przypuszczać, przeszkadza, choć go nie ma. Więc trzeba działać dalej.
To była taka histora, ale ja jej nie opowiem.
Opowiadało ją zresztą już wiele osób.
Ale najgłośniej mówiły zdjęcia. Na jednych G. była po prostu sobą: elegancka blondynka po czterdziestce, nienagany makijaż, przenikliwe spojrzenie i przekornie przekrzywiony kapelusz.
Metr dalej ta sama blondynka: roześmiana, siedząca swobodnie w działkowym ogródku, w kącikach zmrużonych oczu kurze łapki, twarz bez makijażu wydaje się być samym uśmiechem. I zielony sweterek, z którym jest coś nie tak, chyba po prostu źle leży.
Kilkanaście centymentrów dalej znowu ona. Już nie jest roześmiana, nie jest blondynką - nie ma na głowie ani jednego włoska. Stoi owinięta w jaskrawobłękitny szlafrok, wyraźnie o kilka numerów za duży, pasował pewnie doskonale na tę elegancką panią w kapeluszu. Stoi w balkonowych drzwiach, w ręku trzyma papierosa. Z chudej twarzy patrzą duże oczy bez wyrazu.
Szybki powrót wzrokiem do zielonego sweterka. Już widzę, dlaczego nie leży.
Z każdym kolejnym zdjęciem zaciskam zęby coraz mocniej. Przed ostatnim z nich gromadzi się najwięcej ludzi. Fotografia jest studyjna. G. spogląda spod oka - ubrana w białą koszulę, na głowie ma męski kapelusz. Koszula jest rozpięta, widać prawą pierś i dużą bliznę tam, gdzie powinna być lewa.
Nie opiszę tej wystawy. Lessing miał rację, to jest niemożliwe. Słowo i obraz są za daleko od siebie i każda próba opisu musi skończyć się zbanalizowaniem tematu, jest nieuchronnie skazana na porażkę.
Poza tym - nie wiem, o czym jest ta wystawa. Nie wiem, co to znaczy zmagać się z rakiem, walczyć o życie, o zdrowie, o kobiecość. Mogę powtarzać cudze słowa najwierniej, jak potrafię, ale w dalszym ciągu nie będę wiedzieć. Nie chcę wiedzieć.
sobota, 15 stycznia 2011
Baza wirusów została zaktualizowana
Zaczęło się niewinnie: nie dotarłam na spotkanie, na które bardzo chciałam dotrzeć.
- Szczęście wiąże się ze zdolnością planowania - mruknął Gruby Podręcznik, a ja (łoś) uwierzyłam i następne dwa dni zaplanowałam sobie jak nigdy. Moja praca od razu zachichotała radośnie, zatarła rączki i klawiaturę i dwa dni później nie dotarłam na następne spotkanie, na którym mi zależało.
Postanowiłam, że posprzątam w domu. Tak porządnie, wiosennie (wywołujemy wilka z lasu). Wrócę wcześniej z pracy, umyję okna, poodsuwam tapczany i ze śpiewem na ustach zatańczę z odkurzaczem. Od tego animuszu rozbolał mnie ząb i przez pół dnia zwijałam się na kanapie. Gratisowy katar dobił resztki entuzjazmu, a brud na oknach szczerzył się szyderczo. - Optymizm, przekonanie o panowaniu nad sytuacją oraz poczucie sensu wzmacniają odporność organizmu - podpowiedział Gruby Podręcznik.
Ok. Sens, sens, sens - myślałam, zagrzebując się w lekturach godnych "Efektu Lucyfera", czytając prokuratorskie raporty, akty oskarżenia i komunikaty o zaginionych i wmawiając sobie, że panuję nad sytuacją. Wtedy zadzwoniła N. - Z małą źle - powiedziała. - Potrzeba transfuzji i krwi.
- Aktywne radzenie sobie łagodzi lęk i stres - bąknął Gruby, więc zabrałam się do roboty.
Teraz oficjalnie oświadczam: każdą następną złą wiadomość ostentacyjnie zignoruję. Zen.
A Grubego mam ochotę wywalić za okno, ale mi glupio zadzierać z Panią z biblioteki.
- Szczęście wiąże się ze zdolnością planowania - mruknął Gruby Podręcznik, a ja (łoś) uwierzyłam i następne dwa dni zaplanowałam sobie jak nigdy. Moja praca od razu zachichotała radośnie, zatarła rączki i klawiaturę i dwa dni później nie dotarłam na następne spotkanie, na którym mi zależało.
Postanowiłam, że posprzątam w domu. Tak porządnie, wiosennie (wywołujemy wilka z lasu). Wrócę wcześniej z pracy, umyję okna, poodsuwam tapczany i ze śpiewem na ustach zatańczę z odkurzaczem. Od tego animuszu rozbolał mnie ząb i przez pół dnia zwijałam się na kanapie. Gratisowy katar dobił resztki entuzjazmu, a brud na oknach szczerzył się szyderczo. - Optymizm, przekonanie o panowaniu nad sytuacją oraz poczucie sensu wzmacniają odporność organizmu - podpowiedział Gruby Podręcznik.
Ok. Sens, sens, sens - myślałam, zagrzebując się w lekturach godnych "Efektu Lucyfera", czytając prokuratorskie raporty, akty oskarżenia i komunikaty o zaginionych i wmawiając sobie, że panuję nad sytuacją. Wtedy zadzwoniła N. - Z małą źle - powiedziała. - Potrzeba transfuzji i krwi.
- Aktywne radzenie sobie łagodzi lęk i stres - bąknął Gruby, więc zabrałam się do roboty.
Teraz oficjalnie oświadczam: każdą następną złą wiadomość ostentacyjnie zignoruję. Zen.
A Grubego mam ochotę wywalić za okno, ale mi glupio zadzierać z Panią z biblioteki.
wtorek, 11 stycznia 2011
Jak dokonać siatki?
Kiedy jest mi źle, mówię światu nie i biegnę na łąkę, gdzie Joszko...
Wróć.
Czasami są lepsze sposoby niz plumkający w trawie ludowy artysta. Zwłaszcza, że zimą z tą trawą to ogólnie średnio. Ale są inne wyjścia. Na przykład:
można iść kupić buty:
- Dzień dobry, poproszę te brązowe, rozmiar 39.
- Dzień dobry, rozmiaru 39 akurat nie ma.
- A jaki rozmiar został? 40? 38 może?
- Nie, wyłącznie 36, podać do przymiarki?
można odwiedzić sąd:
- A dlaczego oskarżony nie stawił się osobiście, panie mecenasie?
- Bo nie dostał nakazu, wysoki sądzie.
- Ale pan go dostał. Nie mógł pan powiadomić klienta?
- Nie wysoki sądzie. Nie mam do niego maila.
- A telefon pan ma?
- Też nie, wysoki sądzie.
- To jak się kontaktujecie?
- Ustnie.
można zajrzeć do cukierni:
- Drożdżówki są?
- A z czym pani chce?
- Z serem?
- Z serem nie ma.
- A z czym są?
- Są tylko pączki.
można wreszcie zajrzeć na strony najulubieńszych rzeczników i dowiedzieć się, że:
"dwaj sprawcy w wieku 13 i 16 lat (obaj zam. Miasto) w dn. 11/12/10.br. dokonali kradzieży 30m siatki ogrodzeniowej oraz w dn. 14.10.br. usiłowali dokonać 12m siatki ogrodzeniowej, lecz zamierzonego nie osiągnęli, z uwagi na zatrzymanie przez policję".
I świat staje się piękny, n'est-ce pas? :)
Wróć.
Czasami są lepsze sposoby niz plumkający w trawie ludowy artysta. Zwłaszcza, że zimą z tą trawą to ogólnie średnio. Ale są inne wyjścia. Na przykład:
można iść kupić buty:
- Dzień dobry, poproszę te brązowe, rozmiar 39.
- Dzień dobry, rozmiaru 39 akurat nie ma.
- A jaki rozmiar został? 40? 38 może?
- Nie, wyłącznie 36, podać do przymiarki?
można odwiedzić sąd:
- A dlaczego oskarżony nie stawił się osobiście, panie mecenasie?
- Bo nie dostał nakazu, wysoki sądzie.
- Ale pan go dostał. Nie mógł pan powiadomić klienta?
- Nie wysoki sądzie. Nie mam do niego maila.
- A telefon pan ma?
- Też nie, wysoki sądzie.
- To jak się kontaktujecie?
- Ustnie.
można zajrzeć do cukierni:
- Drożdżówki są?
- A z czym pani chce?
- Z serem?
- Z serem nie ma.
- A z czym są?
- Są tylko pączki.
można wreszcie zajrzeć na strony najulubieńszych rzeczników i dowiedzieć się, że:
"dwaj sprawcy w wieku 13 i 16 lat (obaj zam. Miasto) w dn. 11/12/10.br. dokonali kradzieży 30m siatki ogrodzeniowej oraz w dn. 14.10.br. usiłowali dokonać 12m siatki ogrodzeniowej, lecz zamierzonego nie osiągnęli, z uwagi na zatrzymanie przez policję".
I świat staje się piękny, n'est-ce pas? :)
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Z jakiego czasu jesteś?
- "W tej chwili naprawdę jestem bardzo zajęty, ale za godzinę będę miał przerwę, więc wtedy odpiszę Ci na Twojego sms-a" - odpisał sms-em K, a logika jego rozumowania rozłożyła mnie na łopatki.
Miało nie być o czasie - bo to oklepane, bo sylwester, bo mądrzejsi ode mnie zęby na nim zjedli. Ale kółko się zamknęło, stary rok umarł, nastał chaos - wszystko zgodnie z najlepszymi tradycjami.
Te same tradycje wprawdzie wymagają mitu, i to nie byle jakiego, bo mitu o stworzeniu, żeby przywrócić ład, ale my jesteśmy społeczeństwem postmodernistycznym, więc mit się zawsze jakiś tam znajdzie. A nawet jeśli nie, zawsze można zanegować przyczynę i skutek, choć zdaniem pana Jamesona to prosta droga do schizofrenii.
Ale co tam postmoderniści. Grunt, że petardy wystrzelane, datowniki przestawione, ład ustanowiony.
W plynące z każdej strony mniej i bardziej mądre teorie ładnie wdziera się Zimbardo i jego "Paradoks czasu". Wdziera się jednym prostym pytaniem:
"Z jakiego czasu jesteś?"
Miało nie być o czasie - bo to oklepane, bo sylwester, bo mądrzejsi ode mnie zęby na nim zjedli. Ale kółko się zamknęło, stary rok umarł, nastał chaos - wszystko zgodnie z najlepszymi tradycjami.
Te same tradycje wprawdzie wymagają mitu, i to nie byle jakiego, bo mitu o stworzeniu, żeby przywrócić ład, ale my jesteśmy społeczeństwem postmodernistycznym, więc mit się zawsze jakiś tam znajdzie. A nawet jeśli nie, zawsze można zanegować przyczynę i skutek, choć zdaniem pana Jamesona to prosta droga do schizofrenii.
Ale co tam postmoderniści. Grunt, że petardy wystrzelane, datowniki przestawione, ład ustanowiony.
W plynące z każdej strony mniej i bardziej mądre teorie ładnie wdziera się Zimbardo i jego "Paradoks czasu". Wdziera się jednym prostym pytaniem:
"Z jakiego czasu jesteś?"
Subskrybuj:
Posty (Atom)