czwartek, 19 stycznia 2012

- O nie. Nie znowu - pomyślała doniczka z petunią

Pytanie kwartału: Czemu doniczka z petunią tak pomyślała?

Pytanie miesiąca: - Co zrobić, kiedy samochód gaśnie co pół minuty na dystansie 300 metrów?
Odpowiedź miesiąca: - Zwolnić hamulec ręczny.

Pytanie tygodnia: - Kiedy tramwaj ma pierwszeństwo?
Odpowiedź tygodnia: - Tramwaj ma pierwszeństwo zawsze. Z wyjątkiem sytuacji, w których musi ustąpić.

Pytanie dnia: - Jaka jest odpowiedź na pytanie kwartału?

[Ergo: 42, QED]

sobota, 12 listopada 2011

Za opóźnienia przepraszamy

Że PKP nie dba o klientów? Bluźnierstwo, proszę Państwa, bluźnierstwo i herezja. Wchodzę sobie ostatnio do pociągu Regio. Na zewnątrz niecałe pięć stopni, ale w pustym wagonie przyjemne ciepło, więc zadowolona zrzucam płaszcz, czapkę, szalik i wyjmuję książkę. Po kolejnych dziesięciu minutach podwijam rękawy bluzki, pięć minut później zaczynam wachlować się książką. Ciepło.
Otwieram więc okno (otwiera się!). Nie za bardzo, tyle tylko, by wpuścić nieco tlenu.

- A pani tak ciepło, że aż okno trzeba otworzyć? - pyta po kwandransie konduktor, kasując bilet.
- Gorąco było, to otworzyłam, niech się jeszcze chwilkę przewietrzy - odruchowo zaczynam się tłumaczyć.
- To może lepiej niech pani to okno zamknie.
- Ale... - coś mi zaczyna się nie zgadzać, ale nie chce mi się wchodzić w głupie konwersacje. - Dobrze, za kilka minut zamknę.

- Lepiej zamknie już teraz. Innym pasażerom przeszkadza. Bo zimno.
- Ale w wagonie nie ma nikogo poza mną - rozejrzałam się odruchowo.
- No nie ma. Ale będą za pół godziny. I będzie im zimno.

I niech ktoś powie, że PKP nie dba o pasażerów. Cytując klasyka: "Zarząd spółki PKP zdaje sobie sprawę, że połowa pociągów jeździ przepełniona. Ale druga połowa jest prawie pusta. Więc w czym problem?".

PS: Okno zamknęłam, przejąwszy się losem potencjalnych pasażerów. Pół godziy później do wagonu weszła starsza pani. Wyjęła książkę i otworzyła okno.

niedziela, 6 listopada 2011

Te straszne feministki

W jakimś internetowym przeliczniku wyszło mi, że jestem warta siedem wielbłądów i cztery kozy. Dość średni wynik, zważywszy na to, że C. wyszło tych wielbłądów 36 (kóz nie pamiętam ile, ale też na pewno więcej niż cztery). Po szybciutkim przyjrzeniu się przelicznikowi wyszło nam, że wielbłądy bardzo lubią kobiety, które gotują, piorą, zmywają i sprzątają. I przynoszą piwo.

Wyszło nam, że połowa populacji Homo sapiens to sprytnie przebrane wielbłądy.

A przy okazji rozwinęła się dyskusja o feminizmie i równie sprytnie (jak wielbłądy) ukrytych stereotypach.
Przykład:
przychodzi J. do sklepu z zabawkami, szukając prezentu dla córeczki znajomej.

- Coś dla rocznego dziecka poproszę - mówi, rozglądając się po półkach. - Zabawkę, która będzie jakoś rozwijała dziecko.
- Chłopiec czy dziewczynka? - uśmiecha się sprzedawczyni.
- To nie ma znaczenia - w J. kiełkuje bunt.

- Jak to nie ma! - sprzedawczyni kręci głową ze zdumieniem. - Oczywiście, że ma!
- Taak? - J. uśmiecha się niewinnie. - A jakie?

No?

piątek, 28 października 2011

Ciepło-zimno

Dzień pierwszy.
Robi się zimno. Za dnia jest jeszcze całkiem przyjemnie, ale w nocy pojawiają się przymrozki, więc kaloryfery mogłyby już zareagować i na przykład zrobić się ciepłe. Na razie owijamy się w swetry, nosimy ciepłe gacie i czekamy z utęsknieniem.

Dzień czwarty, czyli drugi dzień właczonego ogrzewania
Ciepło. Jest dobrze: sweterki poszły w kąt, hektolitry gorącej herbaty również, a świat stał się piękny. Słowem: stało się ciepło. Może nawet za bardzo, więc pora ograniczyć błogość i pokręcić zaworem. Z "piątki" na "dwójkę", bo już wizualizują mi się w tyle głowy horrendalne rachunki za ogrzewanie.

Dzień piąty.
Zimno. Kaloryfery też podejrzanie zimne. Ale mają termoregulację, więc może tak musi być. Na wszelki wypadek sprawdziłam: nie są zapowietrzone. Pokrętło wraca na piątkę, żeby nie było.

Dzień szósty.
Zimno. To chyba jednak nie jest termoregulacja, bo operowanie pokrętłem nie przynosi żadnego efektu. Jest piątek wieczorem, więc o specach nawet nie ma co marzyć. W przypływie frustracji walnęłam kaloryfer pięścią. Pomogło! Jest ciepło! Pokrętło na czwórkę, bo w mieszkaniu jak w chłodni, w nosie mam rachunki.

Dzień siódmy.
Ciepło.

Dzień ósmy,
Ciepło. Pokrętło wraca na trójkę (wygrana rozsądku), w nocy redukcja do jedynki. (Ponoć sypianie w chłodni zapewnia mniej zmarszczek).

Dzień dziewiąty.
Zimno. I nawet pięść nie pomaga, zimno nadal. Spece przyjadą za cztery dni.

Dni dziesiąty-dwunasty.
Zimno. Swetry, herbatki i takie tam.

Dzień trzynasty.
Spece najpierw uznali, że się kaloryfer się zapowietrzył i głęboko między pośladkami mieli moje stanowcze protesty i zapewnienia, że umiem sobie skubańca odpowietrzyć sama. W końcu zgodzili się przyjechać. Ciepło.

Dzień czternasty.
Ciepło. Pokrętło wraca na trójkę (wygrana rozsądku), w nocy redukcja do jedynki.

Dzięń piętnasty.
Zimno. Już mnie to nawet nie dziwi, spece przyjadą za trzy dni.
Zimno
zimno
zimno.

Bilans sezonu grzewczego (jak dotąd):
- dni ciepłych: sześć;
- dni zimnych: jedenaście;

Bonus, czyli rada speca:
"Bo wie pani, mozna wymienić ten zawór, ale nie teraz. W maju najwcześniej. No jak to, co do maja? Kaloryfery na piątkę cały czas, psze pani, bo jak pani skręca, to sama pani wi. Albo na jedynkę, bo jak pani podkręca, to sama pani wi."

No wim.

czwartek, 29 września 2011

Sztuka poRUSZa?

Chłopiec na plakacie może mieć jakieś osiem lat. Ubrany w za dużą koszulkę stoi z głową wciśniętą w ramiona. Ręce zacisnął na hydrancie, chciałby schować się za niego zupełnie, ale to niemożliwe, hydrant sięga mu zaledwie do pasa. Chłopiec bardzo chciałby się nie rozpłakać, ale grymas na jego twarzy nie pozostawia wątpliwości - nie uda mu się.

Obok duży napis:
idiota!
jesteś idiotą!
jesteś kompletnie bezużytecznym idiotą!

Na tę wielką, wystawioną na Rynku pracę Kena Luma patrzą dwie starsze panie, które przed chwilą przysiadły na ławeczce. Jedna z nich jest wyraźnie wstrząśnięta.

- No jak tak można! - woła głośno i kręci głową. - No ale jak tak można! A co ten chłopiec pomyśli, jak się tak na tym plakacie zobaczy? I jeszcze podpisane, że jest idiotą? No jak on się poczuje, jak to zobaczy? Nikt o tym nie pomyśli, krzywda dziecku na całe życie! No jak tak można!?

I niech mi ktoś powie, że sztuka współczesna nie porusza starszych ludzi.

piątek, 16 września 2011

Co żołnierz ma pod łóżkiem?

Jednak praca może być prawdziwym źródłem radości! (Dopóki człowiek nie dostanie do ręki świstka z kwotą wypłaty). Na przykład wczoraj do mojej służbowej skrzynki trafił mail z Bardzo Ważnej Konferencji. Tytuł był na tyle intrygujący, że otworzyłam go od razu, a treść była jeszcze ciekawsza. Szło to mniej więcej tak:

Tytuł: Co mogą Służby?
Treść: Służby mogą współpracować.

Powiem tak: uff.

Kilka godzin później spotkałam panią, która od razu wskoczyła na drugie miejsce w moim najmojszym rankingu ludzi, których nie sposób zapomnieć (na pierwszym wylądował niedawno ten pan, który rozmawiając ze mną przez telefon stacjonarny upierał się, że właśnie wjeżdża na autostradę).

Tym razem rzecz działa się w biurze, w którym urzędowała pani, a do którego musiałam zapierniczać przez pół miasta, "bo przez telefon to oni nie mogą". Pani oczywiście nie mogła mi odpowiedzieć na proste pytanie, "bo nie ma szefowej". Myślała, że to wystarczy, by się mnie pozbyć. O, święta naiwności!

- A kiedy wróci szefowa? - zestaw pytań "szefa niet" mam już opanowany do perfekcji.
- Trudno mi powiedzieć - wyrecytowała pani z miłym uśmiechem, wbijając wzrok gdzieś w ścianę za moimi plecami.
- A jak mogłabym się z nią w tej chwili skontaktować?
- Telefonicznie.

Ha, zwycięstwo. Pani podała mi karteczkę z nagryzmolonym numerem telefonu. Stacjonarnym. (Stacjonarnym? Gdzieś z tyłu czaszki zapaliło się mi czerwone światełko).

- Przepraszam, a co to za numer?
- Do biura szefowej - uśmiech nie znikał pani z twarzy.
- Czyli szefowa jest w jakimś innym biurze? Nie wiedziałam, że macie jeszcze inne oddziały.
- Nie mamy - uśmiechała się pani, a ja miałam dziwne wrażenie, że coś mi umyka.

- To do jakiego biura ten numer? - zaczęłam mieć złe przeczucia.
- Do tego - uśmiechnęła się pani i rozłożyła ręce. - Może pani do nas zadzwonić i sprawdzić, czy jest szefowa.
- Ale przecież sama mi pani powiedziała, że nie ma?
- No nie ma.

Przez chwilę nawet chciałam zadzwonić, ale stojący obok mnie P. zaczął się krztusić, więc się po prostu grzecznie pożegnaliśmy.

środa, 7 września 2011

Wiem, że nic nie wiem w McDonaldzie

- Jak ateiści mogą z tym żyć? Z ciągłą świadomością, że każdy dzień przybliża całkowitą destrukcję ego? - zapytał Brazylijczyk, kręcąc głową ze zdumieniem.

Zamilkłam. Nie spodziewałam się podobnego pytania. Nie od człowieka, którego znałam zaledwie od kwadransa - odkąd zapytał, czy może usiąść przy moim stoliku, na pierwszym piętrze zatłoczonego McDonalda. Popatrzyłam za okno, na słabo oświetlony główny plac miasta. Z góry miałam doskonały widok na grupkę studentów wykrzykującą anarchistyczne hasła. Obok kilkoro imigrantów ustawiło się w kolejce do mikrofonu - ot, taki mały Hyde Park. Pod jedną z nielicznych lamp starsza kobieta rozdawała ulotki z napisem "DEMOKRACJA".

Jak ateiści mogą z tym żyć?

Zadałam to samo pytanie tydzień  później, w grupie złożonej zarówno z ateistów, jak i chrześcijan.
- Normalnie - odpowiedział C. - Tak samo jak wierzący. Nie ma między nami większej różnicy w tej materii. Ani jedni ani drudzy nie myślą o tym na co dzień.

L. zasłonił się stoicyzmem. Wiadomo: jeżeli ja jestem, to nie ma jeszcze śmierci, jeśli jest śmierć - to mnie już nie ma. Tyle klasycy.

Ale Brazylijczyk nie dawał za wygraną. - Albo albo - powtarzał za Kierkegaardem, wyciągał z rękawów Teresę z Avilla i Heideggera, nie darował nawet Levinasowi. A mimo to po blisko trzech godzinach rozmowy pytanie nadal dźwięczało w powietrzu.
Jak ateiści mogą z tym żyć?