Przecież pani mogłaby być panem, prawda? Nie? Nie mogłaby? To czemu wszyscy mówią na panią "dyrektor"?
Ale pani musi być panem, bo:
- kierowniczka to takie niepoważne, no i peerelowskie, a fu!;
- dyrektorki to są w szkole, nie w poważnych przedsiębiorstwach;
- menedżerka? Menedżerka to jak manierka, głupio brzmi i już;
- rzeczniczka kojarzy się z czkawką, a ja jestem rzecznik;
- mówię, że dziennikarka, to mnie żaden dziad poważnie nie traktuje;
- lekarka? Może jeszcze od razu dodać, że młoda i założyć pamiętnik?;
- psycholożka, psycho-loszka, uzus mi nie pozwala, sama rozumiesz...
Otóż nie. Nie rozumiem.
Argumenty przeciwne? Będzie jeden, ale za to dobry: nieodżałowana Stefania Grodzieńska i jej
"Dałam listonosz" (1960 [sic!])
(...)
Zdaję sobie sprawę z doniosłości problemu, jako córka profesora i profesor. Oto więc fragment mojej nowej powieści z życia kobiet pracujących:
- Doktor kazała powtórzyć doktor, żeby doktor wstąpiła do doktor, to doktor już doktor powie, czego doktor od doktor potrzebuje - powiedziała instruktor, oddała klucze felczer, zostawiła polecenie dla monter i wyszła ze szpitala.
Instruktor nie było lekko na sercu. Podejrzewała, że mąż zdradza ją z introligator. Nie mogła przestać o tym myśleć od czasu, kiedy niechcący podsłuchała rozmowę inżynier z mechanik. Miała dosyć powodów,żeby wierzyć w te plotki, gdyż nie byłby to pierwszy przypadek zdrady z jego strony. Kiedy rok temu przyłapała go z kierownik, po prostu oszalała. W porywie rozpaczy uderzyła kierownik, ale potem okazało się, że niesłusznie. Przygoda męża z kierownik była zupełnie bez znaczenia, gdyż poważnie romansował on wówczas z redaktor. Wobec tego instruktor przeprosiła kierownik i zbiła redaktor. A teraz znów będzie przeprawa z introligator...
Tak rozmyślając, instruktor doszła do domu. Na schodach natknęła się na listonosz, która wręczyła jej depeszę. Instruktor dała listonosz pięć złotych i gorączkowo przeczytała.
Depesza podpisana była przez męża:
Żegnaj Stop Uciekam z technik dentystyczny*.
*Stefania Grodzieńska, Już nic nie muszę. Do przeczytania koniecznie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foch. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 marca 2013
piątek, 28 października 2011
Ciepło-zimno
Dzień pierwszy.
Robi się zimno. Za dnia jest jeszcze całkiem przyjemnie, ale w nocy pojawiają się przymrozki, więc kaloryfery mogłyby już zareagować i na przykład zrobić się ciepłe. Na razie owijamy się w swetry, nosimy ciepłe gacie i czekamy z utęsknieniem.
Dzień czwarty, czyli drugi dzień właczonego ogrzewania
Ciepło. Jest dobrze: sweterki poszły w kąt, hektolitry gorącej herbaty również, a świat stał się piękny. Słowem: stało się ciepło. Może nawet za bardzo, więc pora ograniczyć błogość i pokręcić zaworem. Z "piątki" na "dwójkę", bo już wizualizują mi się w tyle głowy horrendalne rachunki za ogrzewanie.
Dzień piąty.
Zimno. Kaloryfery też podejrzanie zimne. Ale mają termoregulację, więc może tak musi być. Na wszelki wypadek sprawdziłam: nie są zapowietrzone. Pokrętło wraca na piątkę, żeby nie było.
Dzień szósty.
Zimno. To chyba jednak nie jest termoregulacja, bo operowanie pokrętłem nie przynosi żadnego efektu. Jest piątek wieczorem, więc o specach nawet nie ma co marzyć. W przypływie frustracji walnęłam kaloryfer pięścią. Pomogło! Jest ciepło! Pokrętło na czwórkę, bo w mieszkaniu jak w chłodni, w nosie mam rachunki.
Dzień siódmy.
Ciepło.
Dzień ósmy,
Ciepło. Pokrętło wraca na trójkę (wygrana rozsądku), w nocy redukcja do jedynki. (Ponoć sypianie w chłodni zapewnia mniej zmarszczek).
Dzień dziewiąty.
Zimno. I nawet pięść nie pomaga, zimno nadal. Spece przyjadą za cztery dni.
Dni dziesiąty-dwunasty.
Zimno. Swetry, herbatki i takie tam.
Dzień trzynasty.
Spece najpierw uznali, że się kaloryfer się zapowietrzył i głęboko między pośladkami mieli moje stanowcze protesty i zapewnienia, że umiem sobie skubańca odpowietrzyć sama. W końcu zgodzili się przyjechać. Ciepło.
Dzień czternasty.
Ciepło. Pokrętło wraca na trójkę (wygrana rozsądku), w nocy redukcja do jedynki.
Dzięń piętnasty.
Zimno. Już mnie to nawet nie dziwi, spece przyjadą za trzy dni.
Zimno
zimno
zimno.
Bilans sezonu grzewczego (jak dotąd):
- dni ciepłych: sześć;
- dni zimnych: jedenaście;
Bonus, czyli rada speca:
"Bo wie pani, mozna wymienić ten zawór, ale nie teraz. W maju najwcześniej. No jak to, co do maja? Kaloryfery na piątkę cały czas, psze pani, bo jak pani skręca, to sama pani wi. Albo na jedynkę, bo jak pani podkręca, to sama pani wi."
No wim.
Robi się zimno. Za dnia jest jeszcze całkiem przyjemnie, ale w nocy pojawiają się przymrozki, więc kaloryfery mogłyby już zareagować i na przykład zrobić się ciepłe. Na razie owijamy się w swetry, nosimy ciepłe gacie i czekamy z utęsknieniem.
Dzień czwarty, czyli drugi dzień właczonego ogrzewania
Ciepło. Jest dobrze: sweterki poszły w kąt, hektolitry gorącej herbaty również, a świat stał się piękny. Słowem: stało się ciepło. Może nawet za bardzo, więc pora ograniczyć błogość i pokręcić zaworem. Z "piątki" na "dwójkę", bo już wizualizują mi się w tyle głowy horrendalne rachunki za ogrzewanie.
Dzień piąty.
Zimno. Kaloryfery też podejrzanie zimne. Ale mają termoregulację, więc może tak musi być. Na wszelki wypadek sprawdziłam: nie są zapowietrzone. Pokrętło wraca na piątkę, żeby nie było.
Dzień szósty.
Zimno. To chyba jednak nie jest termoregulacja, bo operowanie pokrętłem nie przynosi żadnego efektu. Jest piątek wieczorem, więc o specach nawet nie ma co marzyć. W przypływie frustracji walnęłam kaloryfer pięścią. Pomogło! Jest ciepło! Pokrętło na czwórkę, bo w mieszkaniu jak w chłodni, w nosie mam rachunki.
Dzień siódmy.
Ciepło.
Dzień ósmy,
Ciepło. Pokrętło wraca na trójkę (wygrana rozsądku), w nocy redukcja do jedynki. (Ponoć sypianie w chłodni zapewnia mniej zmarszczek).
Dzień dziewiąty.
Zimno. I nawet pięść nie pomaga, zimno nadal. Spece przyjadą za cztery dni.
Dni dziesiąty-dwunasty.
Zimno. Swetry, herbatki i takie tam.
Dzień trzynasty.
Spece najpierw uznali, że się kaloryfer się zapowietrzył i głęboko między pośladkami mieli moje stanowcze protesty i zapewnienia, że umiem sobie skubańca odpowietrzyć sama. W końcu zgodzili się przyjechać. Ciepło.
Dzień czternasty.
Ciepło. Pokrętło wraca na trójkę (wygrana rozsądku), w nocy redukcja do jedynki.
Dzięń piętnasty.
Zimno. Już mnie to nawet nie dziwi, spece przyjadą za trzy dni.
Zimno
zimno
zimno.
Bilans sezonu grzewczego (jak dotąd):
- dni ciepłych: sześć;
- dni zimnych: jedenaście;
Bonus, czyli rada speca:
"Bo wie pani, mozna wymienić ten zawór, ale nie teraz. W maju najwcześniej. No jak to, co do maja? Kaloryfery na piątkę cały czas, psze pani, bo jak pani skręca, to sama pani wi. Albo na jedynkę, bo jak pani podkręca, to sama pani wi."
No wim.
niedziela, 26 czerwca 2011
I jajko na twardo
Uprzedzam: będzie monotematycznie.
- Dzień dobry, pani doktor! - uśmiechnął się do mnie pan z kundelkiem.
- Wiktorcia, uważaj, bo wpadniesz pod rower pani doktor! - młoda blondynka zbeształa ruchliwą dziewczynkę, która pchała mi się pod koła.
- Przepraszam panią, a od której państwo jutro otwieracie? - zaczepiła mnie myszowata kobieta w średnim wieku.
Wszystkie trzy sytuacje przytrafiły mi się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Wszystkie w tym samym miejscu - w bramie wyjazdowej miejscowego ośrodka leczenia psychiatrycznego.
Ośrodek jest duży - mieszczą się w nim chyba ze trzy oddziały całodobowe i ze dwa oddziały dzienne, tzw. rehabilitacyjne. W praktyce: pacjenci (w fazie remisji) przychodzą tam rano, a po południu, po terapii - wracają do domów.
Schemat, który - jak sądzę - ułożył się w głowach pana z kundelkiem, młodej mamy i myszowatej pani, był prosty. Skoro wychodzi ze szpitala, to albo pacjent, albo lekarz. Tertium non datur, głupie to, ale niech im będzie.
Co mnie intryguje: trzy razy wpadłam do szufladki z napisem "pani doktor". Dlaczego? Nie wyglądałam na lekarza: w każdym z trzech przypadków miałam potargane włosy, długą etnokieckę w kwiaty, hafty czy inne maziaje, raz - nie pierwszej nowości rower. Żadnej garsonki, żadnych okularów, o stetoskopie i fartuchu nie wspomnę.
(Wiem, wiem, jadę po stereotypie).
Gdybym musiała na siłę upchnąć się do którejś z tych dwóch szufladek, powiedziałabym, że wyglądam bardziej na pacjenta. Ale przechodniom, których spotykałam w bramie, na pacjenta najwyraźniej nie wyglądałam.
To ja bym chciała wiedzieć, jaki oni mają ten stereotyp pacjenta? W pasiastej piżamie, z rolką papieru toaletowego na szyi, wymachujący poszewką od poduszki i krzyczący: "Sprawiedliwość, Równość i Jajko na twardo"? Z pieśnią rdzennych indian południowoamerykańskich na ustach?
Irytujące, zwłaszcza w kontekście ostatnich dyskusji nad stanem opieki psychiatrycznej w Polsce i świadomości tzw. społeczeństwa.
- Dzień dobry, pani doktor! - uśmiechnął się do mnie pan z kundelkiem.
- Wiktorcia, uważaj, bo wpadniesz pod rower pani doktor! - młoda blondynka zbeształa ruchliwą dziewczynkę, która pchała mi się pod koła.
- Przepraszam panią, a od której państwo jutro otwieracie? - zaczepiła mnie myszowata kobieta w średnim wieku.
Wszystkie trzy sytuacje przytrafiły mi się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Wszystkie w tym samym miejscu - w bramie wyjazdowej miejscowego ośrodka leczenia psychiatrycznego.
Ośrodek jest duży - mieszczą się w nim chyba ze trzy oddziały całodobowe i ze dwa oddziały dzienne, tzw. rehabilitacyjne. W praktyce: pacjenci (w fazie remisji) przychodzą tam rano, a po południu, po terapii - wracają do domów.
Schemat, który - jak sądzę - ułożył się w głowach pana z kundelkiem, młodej mamy i myszowatej pani, był prosty. Skoro wychodzi ze szpitala, to albo pacjent, albo lekarz. Tertium non datur, głupie to, ale niech im będzie.
Co mnie intryguje: trzy razy wpadłam do szufladki z napisem "pani doktor". Dlaczego? Nie wyglądałam na lekarza: w każdym z trzech przypadków miałam potargane włosy, długą etnokieckę w kwiaty, hafty czy inne maziaje, raz - nie pierwszej nowości rower. Żadnej garsonki, żadnych okularów, o stetoskopie i fartuchu nie wspomnę.
(Wiem, wiem, jadę po stereotypie).
Gdybym musiała na siłę upchnąć się do którejś z tych dwóch szufladek, powiedziałabym, że wyglądam bardziej na pacjenta. Ale przechodniom, których spotykałam w bramie, na pacjenta najwyraźniej nie wyglądałam.
To ja bym chciała wiedzieć, jaki oni mają ten stereotyp pacjenta? W pasiastej piżamie, z rolką papieru toaletowego na szyi, wymachujący poszewką od poduszki i krzyczący: "Sprawiedliwość, Równość i Jajko na twardo"? Z pieśnią rdzennych indian południowoamerykańskich na ustach?
Irytujące, zwłaszcza w kontekście ostatnich dyskusji nad stanem opieki psychiatrycznej w Polsce i świadomości tzw. społeczeństwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)